obudziłem się i stwierdziłem, że moi rodzice już wrocili, jednak szybko przekonałem się, że 2 rzeczy są nie w porządku, po pierwsze obudziłem się bardzo poźno i jest już popołudnie, po drugie moi rodzice mają do mnie o coś duże pretensje.
Moj brat namowił mnie na wyjście z domu, wyszliśmy, pojechaliśmy do Wrzeszcza, nie rozumiałem celu tego wyjazdu, dopoki moj brat nie powiedział, że chodzi o to, że moi rodzice są na mnie źli z jakiegoś w moim mniemaniu błahego powodu,, i najlepszym wyjściem będzie wyjechać, żeby zaczęli się martwić i sami do mnie dzwonić.
We wrzeszczu zobaczyłem jeszcze mężczyznę, ktory wyglądał jak ojciec i przechadzał się samotnie, dziwiliśmy się, bo ojciec raczej nigdy nie lubił samotnych spacerow, ale widać było, że jest czymś mocno pochłonięty.
Będąc we wrzeszczu zorientowałem się, że jest poźna godzina - ok. 20:00, a moj brat musi do 20:30 złożyć bagaże na pielgrzymkę na ktorą idzie następnego dnia. Jak się okazało - zapomniał o tym, a więc pozostało złożyć bagaże następnego dnia, co było problematyczne.
Potem zdecydowaliśmy się wracać do domu, ale weszliśmy do losowego autobusu, licząc, że zawiezie nas w dobre miejsce.
Jednakowoż okazało się, że wywiozł nas w dokładnie przeciwnym kierunku, i jak wysiedliśmy, pani w sklepie nie wiedziała nawet gdzie jest Morena.
Zdecydowaliśmy, że wrocimy następnego dnia, bo tego dnia nie ma już autobusow i zdecydowaliśmy się przenocować w mieszkaniu uderzająco podobnym do naszego, ale z innym widokiem przez okno.
Nastąpiło rano i okazało się, że w mieszkaniu są nasi rodzice! Było to szokujące, bo przecież nie byliśmy w swoim mieszkaniu. Zachowywali się jakby nigdy nic. Zacząłem mowić im, że jesteśmy w innej dzielnicy, w innej rzeczywistości i że zamierzamy wrocić do domu. Czy oni nie widzą w tym nic dziwnego? Czy dla nich wszystko jest normalnie?
ojciec racjonalnie podjął temat poprzez przytomne stwierdzenie: "Jak wrocicie na czas to pogadamy". (w domyśle będzie można uznać, że to co mowicie jest prawdą).
Mieliśmy wrocić na 16:30, a składanie bagaży na pielgrzymkę zamieniło się w coś innego, bliżej nieokreślonego, zamawianie biletow na mecz czy coś w tym stylu. Do 16:30 trzeba było zamowić te bilety.
Spojrzeliśmy na zegar i doznaliśmy kolejnego szoku bo okazało się, że jest po 15:00, rodzice także byli zdziwieni. Pożegnaliśmy się z rodzicami i doznałem niespodziewanej fali wzruszenia przy tym pożegnaniu, popłakałem się i miałem ochotę wyznać im miłość.
Zaraz kiedy wyszliśmy z mieszkania zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Naszym celem było trafić na ten sam przystanek i wsiąść do autobusu, ktorym przyjechaliśmy, kiedy wsiadaliśmy do windy, pojawiły się liczne osoby, kobiety i mężczyźni, ktorzy zaczęli wsiadać, albo blokować nam windę, osoby wyglądały dziwnie, nie okazywały żadnych emocji i stały biernie i statecznie z uśmiechem. Byłem wściekły bo opoźniały nas i była groźba, że nie zdążymy, jakoś zdołało mi się wepchnąć je do środka i pojechaliśmy windą w doł.
Na dole okazało się, że osoby są nam wrogie, powaliły mojego brata na ziemię i chciały to samo zrobić ze mną, sytuacja stała się bardzo trudna i przytłaczająca, jedynym wyjściem jakie w niej znalazłem było uznanie tych ludzi za diabły i wykrzyknięcie do każdego po kolei: "idź precz w imię Jezusa Chrystusa", "Giń w imię Jezusa Chrystusa", co okazało się skuteczne, ale wszystko było jakby za mgłą i nie miałem pełnej wiary. Nie wiedzieć kiedy moj brat zmienił się w mojego przyjaciela Stefana, ktory jest ateistą.
Nagle zdałem sobie sprawę, że jesteśmy w bardzo trudnym położeniu, w niebezpiecznej rzeczywistości, a my musimy natychmiast wracać, bo nie wiadomo co nam grozi dalej. W pewnym sensie zdawałem sobie sprawę, że to jakaś gra, sen czy cokolwiek i wzięliśmy szybko jakikolwiek samochod ktory stał na parkingu, Stefan prowadził, stał się jednocześnie Przemkiem - moim przyjacielem z postawowki. Na każdym kroku czekała policja, ktorą wymijaliśmy nie zważając, że każe się nam zatrzymać, będąc w pewnej odległości zrozumieliśmy, że wysłali za nami pościg. Probowaliśmy ukryć się z autem zbaczając z drogi, chcieliśmy schować się w wysokiej trawie, ale dostrzegli nas z daleka, więc ruszyliśmy dalej, chcieliśmy zmylić policjantow skręcając w boczną leśną drogę, skręciliśmy tam, a policjanci pojawili się tuż przy nas. Właściwie nie wyglądali jak policjanci. Raczej jak jakieś zjawy, w mig podjęliśmy decyzję, że schowamy się w dziurze, w minijaskini, ale rownież w mig zdałem sobie sprawę, że to nie jest dobra kryjowka, Stefan tam wskoczył, a ja wyskoczyłem i wbiegłem na małe piaszczyzste wzniesienie, okazało się, że "policjanci" strzelają do nas, dobiegli do jaskini w ktorej siedział Stefan i strzelili do niego, do mnie także strzelali, byłem ukryty na tym małym piaszczystym wzgorzu i byłem w stanie się wychylać, żeby "oddawać". Interesujący był moj stan wewnętrzny, bałem się bardzo mocno i zdawałem sobie sprawę, że jedyną bronią jaką mam, jest 'giń w imię Jezusa Chrystusa', ale czy tamci poprzedni naprawdę od tego padli? Przecież to zupełnie nie racjonalne, nie ufałem do końca tej metodzie i moje położenie w ułamku sekundy zdało mi się rozpaczliwe. Zdecydowałem się jednak użyć jedynej broni jakiej miałem. Wychylałem się więc i wykrzykiwałem "Giń w imię Jezusa Chrystusa!". Na początku nic się nie działo, odstrzeliwywali mi z pistoletu, ale unikałem strzałow choć niektore trafiały blisko miałem jakąś niepojętą nadzieję, że nic mi się tak czy owak nie stanie, była to bardzo irracnojalna nadzieja ale zaczynałem się bać coraz mniej, wzrastała we mnie odwaga i zacząłem z coraz większą wściekłością i wiarą wykrzykiwać to samo. W końcu po kilku okrzykach postać ubrana na czarno ktora strzelała zaczęła zmieniać barwę i było widać, że otrzymuje ciosy, umiera, jej twarz ukryta w mroku zaczęła przybierać grymas niewyobrażalnego cierpienia. Jednak do końca nie wydała z siebie dźwięku, w końcu padła trupem. Zdałem sobie sprawę z niewyobrażalnego zwycięstwa i ze swojej wszechmocy w Chrystusie. Mając wiarę byłem niezwyciężony. Pobiegłem do jaskini w ktorej skrył się moj przyjaciel i okazał się martwy co przyjąłem ze smutkiem i zdałem sobie sprawę, że "zostałem w tym sam i to moje przeznaczenie, widocznie tak musiało być, że dalszą część muszę przebrnąć sam", niejasno widziałem, że to jakaś gra, tajemna misja, coś nadnaturalnego. Wskoczyłem na motor, ktory zostawił ścigający i wyczuwając, że niedaleko za mną jest kolejny pościg, pomknąłem z błyskawiczną prędkością dalej, nastąpiło oddalenie i okazało się, że na tym motorze w chwilę dotarłem do Gdańska. Motor był motorem czasoprzestrzennym i musiałem wybrać czas i miejsce do ktorego chcę się udać.
wybrałem więc Gdańsk i odpowiednią dzielnicę. Kiedy ją wybrałem znalazłem się w niej natychmiast, ubrany w garnitur, jednak zdawało mi się, że wszystko jest inne niż wydawało się wcześniej. Szedłem powolnym krokiem po dzielnicy, bładząc, jakbym był w niej pierwszy raz. Czułem błogi spokoj, nikt mnie nie ścigał, rzeczywistość była neutralna wobec mnie, zdałem sobie sprawę z rozdwojenia tych rzeczywistości, tej w ktorej byłem poprzednio, i tej w ktorej jestem teraz, oraz z rozdwojenia osob ktorymi byłem, w poprzedniej rzecywistości byłem dzikim wojownikiem, walczącym uciekającym, tajnym agentem na ważnej misji, nieuchwytnym przestępcą dla policji, walczącym z całym światem i nic nie robiącym sobie z jego zasad i reguł, a tej rzeczywistości przechadzałem się powolnym krokiem zmierzając do mieszkania rodzicow i nie miałem w sobie niczego w czym przypominałbym wojownika, byłem zwykłym człowiekiem. Z ulgą przyjąłem swoją nową tożsamość i stwierdziłem, że z ulgą odpocznę od tej poprzedniej, niebezpiecznej. Nagle przede mną pojawiła się moja poprzednia tożsamość, drugi ja, i zniknąłem, byłem to ja wkraczający jakby do tych czasow i tego miejsca. obie rzeczywistości zdawały się być prawdziwe i zależne od siebie, przenikające przez siebie, to co zrobiłem w rzeczywistości niebezpiecznej miało swoj oddźwięk w rzeczywistości bezpiecznej. Zdążyłem w miarę na czas. Przyglądałem się z błogością normalnie toczącemu się życiu i wykonałem telefon do domu... W tym momencie obudziłem się.
Monday, July 27, 2015
Sunday, July 26, 2015
Psalm 112
1 Alleluja.
Alef
Szczęśliwy mąż, który się boi Pana
Bet
i wielkie upodobanie ma w Jego przykazaniach.
Gimel
2 Potomstwo jego będzie potężne na ziemi:
Dalet
pokolenie prawych dozna błogosławieństwa.
He
3 Dobrobyt i bogactwo będzie w jego domu,
Waw
a sprawiedliwość jego przetrwa na zawsze.
Zain
4 Wschodzi w ciemności jako światło dla prawych,
Chet
łagodny, miłosierny i sprawiedliwy.
Tet
5 Dobrze się wiedzie mężowi, który lituje się i pożycza,
Jod
postępuje w swych sprawach uczciwie.
Kaf
6 Na pewno się nie zachwieje;
Lamed
sprawiedliwy będzie w wiecznej pamięci.
Mem
7 Nie będzie się lękał niepomyślnej nowiny;
Nun
mocne jego serce, zaufało Panu.
Samek
8 Serce jego stateczne lękać się nie będzie,
Ain
aż z góry spojrzy na swych przeciwników.
Pe
9 Rozdaje - obdarza ubogich,
Sade
sprawiedliwość jego będzie trwała zawsze;
Kof
potęga jego wzmoże się ze sławą.
Resz
10 Widzi to występny, gniewa się,
Szin
zgrzyta zębami i marnieje.
Taw
Pragnienie występnych wniwecz się obróci.
Alef
Szczęśliwy mąż, który się boi Pana
Bet
i wielkie upodobanie ma w Jego przykazaniach.
Gimel
2 Potomstwo jego będzie potężne na ziemi:
Dalet
pokolenie prawych dozna błogosławieństwa.
He
3 Dobrobyt i bogactwo będzie w jego domu,
Waw
a sprawiedliwość jego przetrwa na zawsze.
Zain
4 Wschodzi w ciemności jako światło dla prawych,
Chet
łagodny, miłosierny i sprawiedliwy.
Tet
5 Dobrze się wiedzie mężowi, który lituje się i pożycza,
Jod
postępuje w swych sprawach uczciwie.
Kaf
6 Na pewno się nie zachwieje;
Lamed
sprawiedliwy będzie w wiecznej pamięci.
Mem
7 Nie będzie się lękał niepomyślnej nowiny;
Nun
mocne jego serce, zaufało Panu.
Samek
8 Serce jego stateczne lękać się nie będzie,
Ain
aż z góry spojrzy na swych przeciwników.
Pe
9 Rozdaje - obdarza ubogich,
Sade
sprawiedliwość jego będzie trwała zawsze;
Kof
potęga jego wzmoże się ze sławą.
Resz
10 Widzi to występny, gniewa się,
Szin
zgrzyta zębami i marnieje.
Taw
Pragnienie występnych wniwecz się obróci.
Szczęście
człowieka nie wynika, więc z niczego innego niż z postawienia Boga na pierwszym
miejscu i oddania się Jemu całkowicie. Jeśli Pan jest na pierwszym miejscu, a
człowiek jest Jemu oddany - nie sposób stracić głębokiego szczęścia i radości
wynikających z tegoż oddania i bycia pod skrzydłami Najwyższego. Bo co może
odebrać nam nadzieję, kiedy trwamy w zaufaniu? Grzech? Każdy grzech został
zwyciężony na krzyżu, wybaczony i już nie ma nad nami żadnej mocy, jeśli trwamy
złączeni z Jego krzyżem i Zmartwychwstaniem. Grzech trzeba sobie wybaczyć i nie
żyć według niego, tylko według prawdy o Jego krzyżu, zmartwychwstaniu i
wybaczeniu, które pozbawiają grzech mocy. Z grzechem trzeba radykalnie walczyć
poprzez odpowiednie decyzje, ale jeśli go popełnimy, po prostu wierzmy, że 0n
jest silniejszy od mojej marności, że kocha mnie dalej, wybaczył mi i jeśli
oprę się na Nim będzie w stanie wyprowadzić z mojego grzechu dobro i posłużyć
się mną. Warunek jest jeden - nie opierać się na sobie i swojej sile, ale
wszystko robić mocą wiary w Jego imię. Nie dawać grzechowi odłączyć nas od
naszego Krzewu Winnego. 0n dalej chce być ze mną. Grzech Jego nie ogranicza.
Grzech wywołuje ból, że mimo całego dobra, jakie mamy od Boga, wciąż
jesteśmy tak marni i dalecy od świętości i przybijamy Go tym do krzyża,
ale pokusą diabelską jest odłączanie się od Boga pod pretekstem mojej
własnej niegodności i marności. 0n chce być ze mną właśnie takim, chce żebym
zaprosił Go mimo mojej niegodności, i opowiedział Mu o swoich zmaganiach,
poprosił o wsparcie, jak najlepszego przyjaciela, który nigdy nie zawodzi
i któremu mogę powiedzieć zupełnie wszystko. Nie kierujmy się, więc własnym
wrażeniem i opinią na swój temat i nie mierzmy Boga ludzką miarą, a w
pokorze poddajmy się Jego woli, która mówi:
"Dziecko, przyjdź do mnie, Ja jestem tu, żeby obdarzyć Cię siłą, przyjdź do Mnie, a otrzymasz pokój. Grzech i szatan nie mają władzy nad Tobą, jeśli im tej władzy nie dasz. Nie daj się nabrać na jego kłamstwa, że Ja ciebie nie chcę, kiedy jesteś słaby. 0przyj się na Mnie, a będziesz pełen życia i mocy. Ja sam będę posługiwał się tobą. Uwierz mi, dzięki Mojej sile i Duchowi, którym cię obdarzam jesteś w stanie przenosić góry i grzech nie ma tu nic do gadania. Ja jestem silniejszy od Twojej słabości. Ja jestem w tobie."
"Dziecko, przyjdź do mnie, Ja jestem tu, żeby obdarzyć Cię siłą, przyjdź do Mnie, a otrzymasz pokój. Grzech i szatan nie mają władzy nad Tobą, jeśli im tej władzy nie dasz. Nie daj się nabrać na jego kłamstwa, że Ja ciebie nie chcę, kiedy jesteś słaby. 0przyj się na Mnie, a będziesz pełen życia i mocy. Ja sam będę posługiwał się tobą. Uwierz mi, dzięki Mojej sile i Duchowi, którym cię obdarzam jesteś w stanie przenosić góry i grzech nie ma tu nic do gadania. Ja jestem silniejszy od Twojej słabości. Ja jestem w tobie."
Saturday, July 25, 2015
Dlaczego mam się cieszyć że Jezus umarł 1982 lata temu, a następnie Zmartwychwstał i jest obecny w Eucharystii?
Jaki w tym powód do radości? Nie chodzi tutaj o wyjaśnienie teologiczne, tylko o zrozumienie tego jaki wpływ te wydarzenia mają osobiście na mnie - członka Kościoła Katolickiego w XXI wieku, w jaki sposób mnie dotyczą.
Po pierwsze trzeba odebrać to osobiście. Ktoś umarł za mnie. Poniósł śmierć, żebym ja...
Po pierwsze trzeba odebrać to osobiście. Ktoś umarł za mnie. Poniósł śmierć, żebym ja...
...no właśnie, dlaczego za mnie umarł i co to właściwie dało? Dlaczego to zrobił? Żeby pokazać, że mnie kocha? Może mógł to zrobić lepiej dając mi szczęśliwe i bezproblemowe życie?
W Kościele słyszymy zazwyczaj, że umarł i zmartwychwstał po to, żeby każdy z nas miał życie wieczne, albo po to, żeby zgładzić moj grzech, cokolwiek to nie znaczy.
Mhm, czyli mam się cieszyć z tego, że kiedyś jak na to zasłużę - będę w niebie miał jakieś wieczne życie, które jak mi mówią, będzie szczęśliwe, oraz umarł, żeby pokonać moj grzech... Ale chyba nienajlepiej się to udało biorąc pod uwagę to, że i tak wciąż grzeszę na nowo. Mam sakrament pokuty, w ktorym mogę obmywać się z winy, otrzymywać wybaczenie jak zgrzeszę.
Z powyższego opisu wynika, że moje życie jako katolika powinno polegać na nieustannym toczeniu boju z grzechem, z którym i tak nie mam szans bo do końca życia pozostaję grzesznikiem, jeśli jednak uda mi się być w momencie śmierci w stanie łaski uświęcającej - otrzymam od Boga w nagrodę życie wieczne i w końcu minie udręka zwana życiem ziemskim.
Na szczęście to nie katolicyzm nawet w jednej setnej.
Zacznijmy więc od początku. od tego kim jest ten, który umarł za mnie. Jest on tym, który stworzył niebo i Ziemię, ktory stworzył i zaprojektował mnie od postaw. Jest tym ktory stworzył prawa natury, i może te prawa naginać sprawiając, że Morze Czerwone rozstępuje się. Może zrobić wszystko oprocz zła, gdyż czynienie zła jest sprzeczne z tym kim jest, a 0n jest wierny temu kim jest. Jest tym ktory jest obecny, interesuje się mną, ktorego obchodzi moj los, niezwykle mocno go obchodzi, nazywa mnie swoim dzieckiem, swoim przyjacielem, bratem, małżonką, mimo tego, że jestem tak bardzo rożny od niego.
Ma wgląd w moje myśli, w moje uczucia, zna na pamięć historię mojego życia, pamięta te rzeczy, ktorych nawet ja o sobie nie wiem. Przy tym nie narzuca się, nie wprasza w moje życie, pozostaje ukryty i nie pragnie, żebym zrobił cokolwiek wbrew sobie. Jest delikany, czeka aż ja zwrocę się do Niego i będę wołał Go i szukał sam z siebie, jednocześnie ciągnąc mnie ku Sobie tworząc we mnie serce pragnące Jego. Nie narzuca się jednocześnie walcząc o mnie zaciekle, zastawia pułapki, pociąga mnie ku Sobie jak kobieta, całująca mnie delikatnie w usta a następnie robiąca krok w tył czekając na moj ruch. Pozwala mi odejść, żebym po chwili krzyczał, żeby wrocił bo nie potrafię żyć bez Niego. Sprawdza mnie czy kocham Jego samego za to kim jest i co zrobił dla mnie, czy kocham tylko to co mi daje. odbiera mi swoje dary na moment, a wtedy często okazuje się jak wątpię w Niego, że naprawdę kocha, choć czasem uda mi się powiedzieć przez łzy 'ufam'. A potem wraca i zsyła mi dalsze łaski i dary i wtedy obaj wiemy, a ja przyznaję Mu rację - "tak, byłeś, nigdy mnie nie opuściłeś, jesteś prawdziwy i naprawdę mnie kochasz, nigdy się na Tobie nie zawiodłem, a wciąż wątpię i krzyczę jak ranne zwierzę kiedy choć na chwilę wydaje mi się, że mnie zostawiłeś".
Jest tym dla mnie, ale i kimś wiele więcej.
I ten właśnie osobnik dobrowolnie zszedł w swojej wszechmocy z tronu w niebie, przeżył 30 lat jako zwykły człowiek, wypełnił swoje ziemskie zadanie, a punktem kulminacyjnym tego zadania była dobrowolna straszliwa śmierć w męczarniach.
Wiem już, że mnie kocha, ale dlaczego chciał za mnie umrzeć? W jakim celu?
Bo, ja, człowiek, przeznaczony do życia z Nim, zdradziłem Go, przez grzech zaprzedałem siebie diabłu czym zasłużyłem sobie na śmierć, bo nie miałem prawa Go zdradzić, ja człowiek, jestem uzależniony od Niego, a zdrada rowna się dla mnie uschnięciu, spaleniu, śmierci. Zdradzając Go, wraz z Adamem, zdradziłem własną naturę, będąc samochodem na benzynę z wolną wolą zdecydowałem się jeździć na wodę, bo obcy mechanik zmylił mnie, że woda jest lepsza, a ja mu uwierzyłem, a nie mojemu wynalazcy.
A 0n nie chcąc, żebym umarł zdecydował się umrzeć za mnie, żebym ja mogł żyć na wieki. Zdecydował się pokryć wszystkie koszty mojej jazdy na wodę, ktora sprawiła, że cały moj wewnętrzny mechanizm uległ zepsuciu i zardzewieniu, zaoferował mi naprawę za darmo, wymianę silnika, dożywotnią konsultację techniczną, oraz dostawę benzyny za darmo. Poza tym pokazał jak bardzo jest zdeterminowany i jak Mu zależy na tym, żebym znow mogł jeździć, decydując się na tak wielkie poniżenie pokazał jak bardzo liczy się to dla Niego.
W Kościele słyszymy zazwyczaj, że umarł i zmartwychwstał po to, żeby każdy z nas miał życie wieczne, albo po to, żeby zgładzić moj grzech, cokolwiek to nie znaczy.
Mhm, czyli mam się cieszyć z tego, że kiedyś jak na to zasłużę - będę w niebie miał jakieś wieczne życie, które jak mi mówią, będzie szczęśliwe, oraz umarł, żeby pokonać moj grzech... Ale chyba nienajlepiej się to udało biorąc pod uwagę to, że i tak wciąż grzeszę na nowo. Mam sakrament pokuty, w ktorym mogę obmywać się z winy, otrzymywać wybaczenie jak zgrzeszę.
Z powyższego opisu wynika, że moje życie jako katolika powinno polegać na nieustannym toczeniu boju z grzechem, z którym i tak nie mam szans bo do końca życia pozostaję grzesznikiem, jeśli jednak uda mi się być w momencie śmierci w stanie łaski uświęcającej - otrzymam od Boga w nagrodę życie wieczne i w końcu minie udręka zwana życiem ziemskim.
Na szczęście to nie katolicyzm nawet w jednej setnej.
Zacznijmy więc od początku. od tego kim jest ten, który umarł za mnie. Jest on tym, który stworzył niebo i Ziemię, ktory stworzył i zaprojektował mnie od postaw. Jest tym ktory stworzył prawa natury, i może te prawa naginać sprawiając, że Morze Czerwone rozstępuje się. Może zrobić wszystko oprocz zła, gdyż czynienie zła jest sprzeczne z tym kim jest, a 0n jest wierny temu kim jest. Jest tym ktory jest obecny, interesuje się mną, ktorego obchodzi moj los, niezwykle mocno go obchodzi, nazywa mnie swoim dzieckiem, swoim przyjacielem, bratem, małżonką, mimo tego, że jestem tak bardzo rożny od niego.
Ma wgląd w moje myśli, w moje uczucia, zna na pamięć historię mojego życia, pamięta te rzeczy, ktorych nawet ja o sobie nie wiem. Przy tym nie narzuca się, nie wprasza w moje życie, pozostaje ukryty i nie pragnie, żebym zrobił cokolwiek wbrew sobie. Jest delikany, czeka aż ja zwrocę się do Niego i będę wołał Go i szukał sam z siebie, jednocześnie ciągnąc mnie ku Sobie tworząc we mnie serce pragnące Jego. Nie narzuca się jednocześnie walcząc o mnie zaciekle, zastawia pułapki, pociąga mnie ku Sobie jak kobieta, całująca mnie delikatnie w usta a następnie robiąca krok w tył czekając na moj ruch. Pozwala mi odejść, żebym po chwili krzyczał, żeby wrocił bo nie potrafię żyć bez Niego. Sprawdza mnie czy kocham Jego samego za to kim jest i co zrobił dla mnie, czy kocham tylko to co mi daje. odbiera mi swoje dary na moment, a wtedy często okazuje się jak wątpię w Niego, że naprawdę kocha, choć czasem uda mi się powiedzieć przez łzy 'ufam'. A potem wraca i zsyła mi dalsze łaski i dary i wtedy obaj wiemy, a ja przyznaję Mu rację - "tak, byłeś, nigdy mnie nie opuściłeś, jesteś prawdziwy i naprawdę mnie kochasz, nigdy się na Tobie nie zawiodłem, a wciąż wątpię i krzyczę jak ranne zwierzę kiedy choć na chwilę wydaje mi się, że mnie zostawiłeś".
Jest tym dla mnie, ale i kimś wiele więcej.
I ten właśnie osobnik dobrowolnie zszedł w swojej wszechmocy z tronu w niebie, przeżył 30 lat jako zwykły człowiek, wypełnił swoje ziemskie zadanie, a punktem kulminacyjnym tego zadania była dobrowolna straszliwa śmierć w męczarniach.
Wiem już, że mnie kocha, ale dlaczego chciał za mnie umrzeć? W jakim celu?
Bo, ja, człowiek, przeznaczony do życia z Nim, zdradziłem Go, przez grzech zaprzedałem siebie diabłu czym zasłużyłem sobie na śmierć, bo nie miałem prawa Go zdradzić, ja człowiek, jestem uzależniony od Niego, a zdrada rowna się dla mnie uschnięciu, spaleniu, śmierci. Zdradzając Go, wraz z Adamem, zdradziłem własną naturę, będąc samochodem na benzynę z wolną wolą zdecydowałem się jeździć na wodę, bo obcy mechanik zmylił mnie, że woda jest lepsza, a ja mu uwierzyłem, a nie mojemu wynalazcy.
A 0n nie chcąc, żebym umarł zdecydował się umrzeć za mnie, żebym ja mogł żyć na wieki. Zdecydował się pokryć wszystkie koszty mojej jazdy na wodę, ktora sprawiła, że cały moj wewnętrzny mechanizm uległ zepsuciu i zardzewieniu, zaoferował mi naprawę za darmo, wymianę silnika, dożywotnią konsultację techniczną, oraz dostawę benzyny za darmo. Poza tym pokazał jak bardzo jest zdeterminowany i jak Mu zależy na tym, żebym znow mogł jeździć, decydując się na tak wielkie poniżenie pokazał jak bardzo liczy się to dla Niego.
Ach, gdybyśmy w to naprawdę uwierzyli...
Gdybyśmy widzieli czym po tym wszystkim jest każdy, 'drobny' grzech...
Gdybyśmy uwierzyli nie moglibyśmy nie żyć absolutnie i zupełnie dla Niego, bo nie da się wymyślić nic wspanialszego niż ktoś taki...
Czy odniosł sukces? Czy Jego cel został osiągnięty w moim życiu?
Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak, ale wciąż nie potrafię w to wszystko uwierzyć.
Wciąż jestem w Matriksie, w ktorym mowi się, że nie ma grzechu, że wszystko wolno, że mogę robić co mi się podoba, albo, że moim celem życiowym jest zarabiać pieniądze, wciąż obcy mechanik, ktory kiedyś namowił mnie do jazdy 'na wodę' stara się przekonać mnie, że to wszystko jest bajką, że nie ma miłości dla mnie, że nie da się mnie kochać, a już na pewno nie da się mnie naprawić, i coż, muszę się zmagać, iść pod prąd i starać się żyć dla Niego w tym wszystkim, dla Niego ukrytego w każdym człowieku i obdarzać go tym co dzięki Niemu mam.
Zmartwychwstał, i pokazał przez to co mnie czeka jeśli Mu zaufam, nie, nie zmartwychwstanę w przyszłym życiu, zmartwychwstanę w Chrystusie już na Ziemi, jeśli całym sobą uwierzę i zaufam i oddam się Jedynemu. Codziennie mam zmartwychwstawać z codziennych śmierci coraz bardziej stając się Jego.
0n jest ze mną na tysiąc sposobów, nie jestem w tym sam, nie zmagam się sam.
Jest ze mną w sakramencie Miłości, czyli Eucharystii.
CDN
Gdybyśmy widzieli czym po tym wszystkim jest każdy, 'drobny' grzech...
Gdybyśmy uwierzyli nie moglibyśmy nie żyć absolutnie i zupełnie dla Niego, bo nie da się wymyślić nic wspanialszego niż ktoś taki...
Czy odniosł sukces? Czy Jego cel został osiągnięty w moim życiu?
Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak, ale wciąż nie potrafię w to wszystko uwierzyć.
Wciąż jestem w Matriksie, w ktorym mowi się, że nie ma grzechu, że wszystko wolno, że mogę robić co mi się podoba, albo, że moim celem życiowym jest zarabiać pieniądze, wciąż obcy mechanik, ktory kiedyś namowił mnie do jazdy 'na wodę' stara się przekonać mnie, że to wszystko jest bajką, że nie ma miłości dla mnie, że nie da się mnie kochać, a już na pewno nie da się mnie naprawić, i coż, muszę się zmagać, iść pod prąd i starać się żyć dla Niego w tym wszystkim, dla Niego ukrytego w każdym człowieku i obdarzać go tym co dzięki Niemu mam.
Zmartwychwstał, i pokazał przez to co mnie czeka jeśli Mu zaufam, nie, nie zmartwychwstanę w przyszłym życiu, zmartwychwstanę w Chrystusie już na Ziemi, jeśli całym sobą uwierzę i zaufam i oddam się Jedynemu. Codziennie mam zmartwychwstawać z codziennych śmierci coraz bardziej stając się Jego.
0n jest ze mną na tysiąc sposobów, nie jestem w tym sam, nie zmagam się sam.
Jest ze mną w sakramencie Miłości, czyli Eucharystii.
CDN
Friday, July 24, 2015
Refleksja popielgrzymkowa na temat krzyża i cierpienia, albo instrukcja obsługi cierpienia
Cierpiąc trochę na pielgrzymce do Gietrzwałdu na jakiej ostatnio byłem, z powodu upiornego bólu gardła, który uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie (przełykanie śliny wiązało się często z koszmarnym bólem, leki nie pomagały [poza aspiryną i Eucharystią co odkryłem później], a co dopiero mówić o jedzeniu, chwilową ulgę czasem przynosiło jedynie picie wrzątku lub wrzącej herbaty) mam parę luźnych przemyśleń na temat cierpienia, jego sensu i znaczenia. W Piśmie Świętym natknąłem się na fragment, w którym apostołowie pod wodzą Pawła głoszą Królestwo Boże poganom, ponieważ zdarzyło im się popełnić parę uzdrowień Grecy szybko okrzyknęli ich bogami którzy zstąpili z niebios. Apostołowie rozdarli szaty chcąc powstrzymać tłum przed złożeniem im ofiary. Paweł wypowiada w pewnym momencie zdanie (parafrazując): "Jesteśmy, tak jak wy - ludźmi! My także podlegamy cierpieniom!"
<oświecenie>
Ach! Z czyli Paweł ma na myśli, że bycie człowiekiem (nawet świętym) wiąże się z cierpieniem!
Ale jak to? Czy cierpienie nie jest złem, którego powinniśmy unikać i które Bog pragnie nam zabrać, żeby uczynić nas szczęśliwymi?
I tak i nie!
okazuje się, że Bog pragnie odebrać nam cierpienie, które jest piekłem, a pragnie obdarzyć nas cierpieniem, które staje się rozkoszą!
Nie nie jestem masochistą!
Nie chodzi tutaj o cierpiętnictwo, cierpiętnictwo, czyli cierpienie, w którym nie ma życia, w którym jest jedynie ból, smutek, w którym nie ma celu ani nadziei - takie cierpienie staje się piekłem.
Wiedziałem to już w teorii, ale teraz przekonałem się w praktyce, że cierpienie może być czymś wspaniałym, jeśli przeżyjemy je zgodnie z wolą Bożą.
Co to znaczy?
To znaczy, że jeśli zgodzimy się na nie, ale nie z wyrzutem w stosunku do Boga, z postawą cierpiętnika, który robi z siebie ofiarę, tylko kiedy przyjmiemy, że to cierpienie to łaska!
Tak, łaska...
Na czym ona polega? W czym tu łaska skoro tak strasznie mnie boli i nie mam siły, ani ochoty myśleć o niczym innym?
Ano w tym, że w tym właśnie momencie możesz być najbardziej podobny do Twojego Pana na krzyżu, tego, którego ukochałeś, w tym momencie możesz stać się niezwykle podobny do tego, do którego podobieństwo jest celem Twojego życia.
Jak to zrobić?
A na nieskończenie wiele sposobów, ale wyraża się to słowem kochaj. Bądź darem dla innych mimo tego. Nie myśl tylko o sobie i swoim bólu. Cierpienie ofiaruj za kogoś, uśmiechnij się do kogoś, zainteresuj się drugą osobą. Powiedz Bogu jak bardzo Go kochasz, uwielbiaj Go. Im mniej czujesz do Niego w tym momencie sympatię tym bardziej Go uwielbiaj. Wierzę głęboko, że taka postawa podoba się Bogu bardziej niż największe uwielbienie i najżarliwsza modlitwa w stanie duchowych pociech, pozytywnych emocji. Tego niestety rzadko uczy się w szkole "Nowej Ewangelizacji", a to przecież żywa świętość!
Co więc mówi mi Bog?
Żebym szukał cierpienia, bo to łaska?
Nie.
Szukaj woli Bożej, szukaj tego co dobre, kochaj, stawiaj innych ludzi przed sobą niezależnie od uczuć, jeśli na twojej drodze pojawi się cierpienie nie uciekaj od niego za wszelką cenę, nie uciekaj od krzyża! To łaska ode Mnie, potraktuj to w ten sposób, a znienawidzony krzyż stanie się dla Ciebie rozkoszą mimo fizycznego, bądź emocjonalnego bólu, duchowo będziesz wtedy przeżywał największe rozkosze, bo będziesz mógł być jak Ja Jestem na krzyżu. Zaufaj mi w tych momentach. W każdym momencie kochaj i ufaj Mi, a w tych momentach najbardziej Jestem z tobą.
<oświecenie>
Ach! Z czyli Paweł ma na myśli, że bycie człowiekiem (nawet świętym) wiąże się z cierpieniem!
Ale jak to? Czy cierpienie nie jest złem, którego powinniśmy unikać i które Bog pragnie nam zabrać, żeby uczynić nas szczęśliwymi?
I tak i nie!
okazuje się, że Bog pragnie odebrać nam cierpienie, które jest piekłem, a pragnie obdarzyć nas cierpieniem, które staje się rozkoszą!
Nie nie jestem masochistą!
Nie chodzi tutaj o cierpiętnictwo, cierpiętnictwo, czyli cierpienie, w którym nie ma życia, w którym jest jedynie ból, smutek, w którym nie ma celu ani nadziei - takie cierpienie staje się piekłem.
Wiedziałem to już w teorii, ale teraz przekonałem się w praktyce, że cierpienie może być czymś wspaniałym, jeśli przeżyjemy je zgodnie z wolą Bożą.
Co to znaczy?
To znaczy, że jeśli zgodzimy się na nie, ale nie z wyrzutem w stosunku do Boga, z postawą cierpiętnika, który robi z siebie ofiarę, tylko kiedy przyjmiemy, że to cierpienie to łaska!
Tak, łaska...
Na czym ona polega? W czym tu łaska skoro tak strasznie mnie boli i nie mam siły, ani ochoty myśleć o niczym innym?
Ano w tym, że w tym właśnie momencie możesz być najbardziej podobny do Twojego Pana na krzyżu, tego, którego ukochałeś, w tym momencie możesz stać się niezwykle podobny do tego, do którego podobieństwo jest celem Twojego życia.
Jak to zrobić?
A na nieskończenie wiele sposobów, ale wyraża się to słowem kochaj. Bądź darem dla innych mimo tego. Nie myśl tylko o sobie i swoim bólu. Cierpienie ofiaruj za kogoś, uśmiechnij się do kogoś, zainteresuj się drugą osobą. Powiedz Bogu jak bardzo Go kochasz, uwielbiaj Go. Im mniej czujesz do Niego w tym momencie sympatię tym bardziej Go uwielbiaj. Wierzę głęboko, że taka postawa podoba się Bogu bardziej niż największe uwielbienie i najżarliwsza modlitwa w stanie duchowych pociech, pozytywnych emocji. Tego niestety rzadko uczy się w szkole "Nowej Ewangelizacji", a to przecież żywa świętość!
Co więc mówi mi Bog?
Żebym szukał cierpienia, bo to łaska?
Nie.
Szukaj woli Bożej, szukaj tego co dobre, kochaj, stawiaj innych ludzi przed sobą niezależnie od uczuć, jeśli na twojej drodze pojawi się cierpienie nie uciekaj od niego za wszelką cenę, nie uciekaj od krzyża! To łaska ode Mnie, potraktuj to w ten sposób, a znienawidzony krzyż stanie się dla Ciebie rozkoszą mimo fizycznego, bądź emocjonalnego bólu, duchowo będziesz wtedy przeżywał największe rozkosze, bo będziesz mógł być jak Ja Jestem na krzyżu. Zaufaj mi w tych momentach. W każdym momencie kochaj i ufaj Mi, a w tych momentach najbardziej Jestem z tobą.
Witaj potencjalny czytelniku!
Zaczynam pisać tego bloga spontanicznie, nie po to, żeby zmienić świat, czy po to, żeby wyrazić coś niesamowicie ważnego, zdaję sobie sprawę, że jest wiele osób, książek, przemyśleń o wiele bardziej wartych poczytania niż ja i moje wypociny, nie mam również za dużo czasu, mam co robić w życiu, zakładam więc tego bloga, dlatego przede wszystkim, że pisząc odpoczywam, a poza tym pragnę kształtować swój styl pisania, jeśli ktoś jakoś przypadkiem tu trafi, i będzie chciało mu się czytać, będę wielce uradowany, a niemal eksploduję z radości, jeśli ktoś zechce ze mną polemizować. Nie jest to ironia. Uwielbiam polemizować. Nie będę więc nikogo do czytania zachęcał, a po prostu będę pisał jeśli coś mi będzie grało w duszy.
Subscribe to:
Posts (Atom)