Monday, December 7, 2015

uzdrowienie paralityka

to pierwszy zatarg z faryzeuszami, widać, jak Jezus bardzo w poważaniu ma ich opinię i akceptację, w ogole się nimi nie przejmuje, nie stara się im przypodobać, być łagodniejszy czy mniej wyrazisty. Prosto z mostu z premedytacją głosi niezwykłą prawdę, że może odpuszczać grzechy i przy tym nie jest teoretykiem tylko od razu pokazuje, że to prawda poprzez swoje uczynki, poprzez realne uzdrowienie.

Ciekawe, że przyszło aż tylu faryzeuszy. Był więc tak potężny, fascynujący i niebezpieczny, że nie mogli pozostać na Niego obojętni, czy ja także w swojej postawie jestem pełen prawdy Bożej, ktorą można znienawidzić, albo w nią uwierzyć, ale nie można przejść wobec niej obojętnie?

Czy we mnie także jest moc Pańska dzięki ktorej Bog przeze mnie leczy serca? Pięknie to do mnie mowi, że to czy jestem silny, czy dobry czy jestem sobą, zależy od Łaski i od tego czy jestem w Łasce. 0 własnych siłach nic nie mogę zrobić, a z łaską mogę wszystko.

Zobaczmy, że mężczyźni niosący sparaliżowanego mocno wspołpracowali z łaską, musieli włożyć ogromny wysiłek i pracę mimo przeciwności. Ba, przeciwności były tak wielkie, że było po ludzku niemożliwe, żeby tego paralityka tam umieścić. I udało się to tylko dzięki Wielkiej Wierze, ktora mowiła "tak bardzo wierzę w Jezusa, że nic mnie nie powstrzyma przed zrobieniem tego, choć to poludzku nie możliwe". Panie, proszę, wlej we mnie taką wiarę i pozwol mi w praktyce tak wierzyć Tobie, choćby po ludzku sytuacje wydawały się niemożliwe do dobrego rozwiązania, choćby wszystko wydawało sie na marne, pozwol mi wierzyć wbrew temu i postępować zgodnie z tą wiarą.
W sprawie: Roksany, Marii, Drużyny skautowej choćby,

Jednak widać miłość Jezusa do faryzeuszy. Daje im fakt w postaci "wstań i chodź" ukazując tym moc wiary w Niego, oraz to kim jest, że jest Bogiem. Jezus także wobec postawy wobec siebie wrogiej odpowiada miłością - odpowiednią dla danego człowieka.

"Mowię Ci wstań weź swoje łoże i idź do domu" - po pierwsze Jezus mowi temu człowiekowi, że ma wrocić do domu, czyli do swojego SERCA. Przestać przebywać na zewnątrz siebie i trwać w wewnętrznym skupieniu, w swoim sercu znajdzie źrodło wody żywej, Boga. Powinien zaufać swojemu sercu. Powinien wziąć także odpowiedzialność za swoje życie, także za trudne rzeczy w swoim życiu, wziąć je ze sobą jako krzyż i iść z tym, przejmując za to pełną odpowiedzialność idąc prosto, mając siłę to dźwigać na stojąco, gdyż siła jego pochodzi z wiary.

"poszedł do domu wielbiąc Boga" - widać że może zaufać swojemu sercu, że mieszka w nim Bog, bo serce Jego zostało obdarzone niezwykłą miłością i przemienione zupełnie przez Boga, Bog w nim zamieszkał i odtąd w swoim sercu ma on już tylko uwielbienie dla Boga. Dopoki mieszka w Bogu przez wiarę i nie odwraca się od Prawdy.

Jezus wywołał zdumienie i bojaźń bo nowina jaką głosił była i jest tak silna i zdumiewająca. Powinienem żyć zgodnie z tą prawdą i nie przewidywać miejsca na letniość czy kompromisy, tylko głosić swoim życiem tą szokującą nowinę.

Wednesday, November 18, 2015

Modlitwa

Boże moj...
Wołam do Ciebie z głębi, bo żal mnie przesiąka na wskroś.
Chciałbym pełnić Twoją wolę ponad wszystko, i robić tylko to co się Tobie podoba, co poprowadzi mnie i innych ku Twojemu Zbawieniu...
A jestem przyczyną bolu innych, ranię, zawodzę, porzucam...
Co jest Twoją wolą o moj Boże?
Wiem, że pragniesz naszego zjednoczenia ze Sobą, pragniesz abyśmy cali byli Twoi.
Wiem, że moje nieuporządkowane przywiązania się Tobie nie podobają, że brzydzisz się myślami, ktore pojawiają się w mojej głowie z ich powodu.
Jak zerwanie ich może nie być dobrem?

0 moj Boże oświeć osobę, ktorą kocham, że to dobre dla niej, że robię to z Miłości. Niech ta osoba nie oskarża mnie i niech ujrzy w moim postępowaniu miłość, a nie egoizm.

Widzę więcej dzięki Twojemu prowadzeniu, ukazałeś mi moją marność i przywiązania, ktore są skutkami moich grzechow.

Pragnę dla tej osoby dobra, zbawienia, radości, zerwania z wszelkim grzechem i przywiązaniem do tego świata i jego drog, ale wiem, że nie pomogę tej osobie już na drodze ku temu, wiem, że moja rola w Twoim zbawianiu się skończyła. Mam nadzieję, że ona to zobaczy i będzie wdzięczna Tobie za całe dobro, ktore jej przeze mnie wyświadczyłeś, i pozwoli mi odejść bez żalu i pretensji. Proszę Ciebie, Tato, niech zobaczy to Twoimi oczami, oczami pokory, wdzięczności, miłości i miłosierdzia względem mojej marności. Czy już zapomniała o wszystkim dobrym, ktore jej wyświadczyłem nie chcąc nic w zamian, jedynie chcąc, żeby doświadczyła Miłości?

Na pewno nie zapomniała i nigdy nie zapomni. Taką mam nadzieję i wiarę.

Bo nie chcę nic w zamian poza wybaczeniem mi złego, poza dostrzeżeniem w moim postępowaniu Miłości i oddania za nią chwały Bogu.
Nic nie chcę poza tym, żeby Ciebie kochała nade wszystko i żeby ta miłość determinowała w jej życiu wszystko co robi.

Proszę Cię, Tato, wzbudź w niej to wszystko a nade mną słabym zmiłuj się.

Tato, Ty wiesz, że nie mogłem inaczej postąpić bo zależało mi na rozwoju duchowym, na tym żeby Miłość wypaliła zarowno we mnie jak i w niej nieuporządkowane, grzeszne więzi, ktore pozostały jako konsekwencje grzechow.

Tato Ty wiesz, że nie pragnę złego, że jestem Twoim dzieckiem, że nie mam na celu przede wszystkim siebie, proszę daj jej oczy do patrzenia i naucz ją, że są ludzie kochający i szlachetni, i że ona sama jest kochająca i szlachetna i powołana i zdolna wraz z Twoją łaską osiągnąć piękne życie pełne głębokiej radości.

Panie, niech nie zmyli ją diabeł chcący ukazać Twoje dzieci jako podłe a Życie ktore stworzyłeś jako klęskę i marność.

Daj jej wieczną wiarę, nadzieję i miłość, ktore będą jej skałą w trudnościach i pułapkach diabelskich.

Panie, wzbudź w Twoich dzieciach Swą Miłość przedziwną i nie odbieraj nam łaskawości Swojej. Wysłuchaj mnie Tato jeśli podoba Ci się moje błaganie, bo mam wiarę w Twą łaskawość i moc.

Wiem, że mimo mojej marności i postępowania wielce niedoskonałego Ty czuwasz nad sytuacją i prowadzisz Swoimi drogami Swoje dzieci do większego dobra.

Panie, nie chcę dłużej czekać, wybaw mnie, wypal we mnie cały grzech,całe skutki grzechu, wypal wszystko co nieuporządkowane, wypal już teraz wszelką zmysłowość, cielesność, światowość, oczyść wszelkie wspomnienia, spraw żebym miał czyste i pełne Twojej Miłości spojrzenie na przeszłość i historię, żebym był w stanie spojrzeć na wszystko oczyma czystości, i akceptującej życzliwej miłości, a bez żalu, pretensji, bolu, nieufności, niepewności, demonicznych wizji.

Spraw w swoich dzieciach uśmiech na wspomnienia dobrych chwil, a akceptację i zgodę na myśl o złych. Wlej w nas pokorne zaufanie względem Siebie i wielką wiarę w Twoją Nieskończoną Potęgę, w Miłość, ktorą wlewasz w nasze serca i Twoje dobre, czułe prowadzenie ku Zjednoczeniu z Twym sercem.

Niech będzie Twoja wola i niech moje serce z łaski Twojej napełni się tym wszystkim co pragniesz w nie wlać.
Amen

Wednesday, November 11, 2015

Dziennik duchowy#2

Panie,
Ty dziś pokazałeś mi moją marność.
Rano modliłem się do Ciebie, żebyś mną się dziś posłużył, modliłem się oddając Ci siebie i modląc się abyś nauczył mnie za nic mieć siebie i wszystko tylko, żeby liczyło się dla mnie to, żeby Ciebie kochać i z miłości czynić dzieła dla Ciebie.

Posłużyłeś się pewnym księdzem, żeby zdemaskować całą moją ukrytą miłość siebie, strach o to jak wypadnę, że się skompromituję, że inni o mnie coś pomyślą, że mnie wyśmieją czy coś z tych rzeczy.
Jakże to wszystko jest nie ważne!

Dałeś mi okazje, żebym posłużył Tobie, żebym uczynił dzieła dla Ciebie, żebym rozdał ulotki na wydarzenie, na którym Ty będziesz działał i zbawiał innych. Ale ja nie chciałem przyznać się do Ciebie przed innymi, nie chciałem wystąpić w Twoje imię, nie chciałem zapomnieć o sobie i rozdać ludziom tych ulotek i zatroszczyć się o ich dobro i o prowadzenie ludzi do Ciebie.

Panie, wyszedł na jaw cały moj egoizm i strach o siebie, ktory jest dla mnie największą przeszkodą w osiągnięciu zupełnej wolności i zbawienia w Tobie.

Nie tak, że nie chciałem Ci służyć czy wykonać tego zadania - chciałem to zrobić, ale wiązało się to z narażeniem się na rożne nieprzyjemności.

0, Panie, jak wielka byłaby moja wolność, gdybym o tym wszystkim zapomniał, gdyby to wszystko przestało się dla mnie liczyć.

Panie, bardzo pragnę żebyś mnie przemienił i wybawił od przekleństwa siebie, swojego ego. Proszę zadziałaj tak, żeby przestało się dla mnie liczyć cokolwiek poza pełnieniem Twojej woli, spraw żebym każdą kompromitację, złośliwe spojrzenie, pogardę, krytykę, troskę o to jak wypadnę, co o mnie pomyślą, żebym to wszystko utracił i żeby zostało to zastąpione troską o pełnienie Twojej woli, czyli niesienie ludziom Prawdy, Ewangelii, Twojego Zbawienia, Miłości, Wolności.

Ta wolność jest przede wszystkim wolnością od siebie samego, bo Ty ktory zaspokajasz duszę całkowicie i zupełnie stajesz się wtedy jej jedynym celem i przyczyną działania.

0 Chryste wymaż ze mnie ten ciężar samego siebie, spraw żebym zupełnie o sobie zapomniał i trwając w Tobie, w Twoich ramionach już więcej Ciebie nie zawiodł i żeby liczyło się dla mnie tylko spełnienie Twojej woli. Przemień moje serce Chryste, wzywam Cię i proszę o to. Niech Twoja wola stanie się moją i niech przepadnie troska o moje ego. Amen,

Wednesday, November 4, 2015

Wezwanie do utrudzonych

Mt 11, 28-30
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie.

W tych słowach wzywasz mnie, Panie, żeby w chwili trudnej przyjść ze sprawą, z która sobie nie radzę do Ciebie. Widzę, Panie, Ciebie, jak niesiesz krzyż, jak niesiesz na swoich barkach tak wielki ciężar, ciężar zbawienia każdego człowieka. Jak wielkie zdaje się być Twoje jarzmo. Ty ktory musisz patrzeć na ludzi, ktorzy giną w swoich grzechach i marnościach tkwią w zakłamaniu diabelskim nie chcąc i nie potrafiąc się wydostać. Widzisz jak Twoje dzieci cierpią i giną.

Ale widzisz więcej niż my, dzięki temu Twoje jarzmo jest lekkie dla Ciebie.

Skąd wynika Twoja cichość i pokora serca?

Myślę, że z tego, że prawdziwie wierzysz i ufasz 0jcu. Nie ufasz temu co widać, patrzysz głębiej, a przede wszystkim jesteś cały czas wpatrzony w Swego 0jca czyniącego, działającego, Wszechpotężnego. I tam znajdujesz ukojenie i mnie wzywasz do tego samego.

Wzywasz do tego, żeby przestać ufać swoim wrażeniom i temu co jest widoczne, a zaufać Bogu, ktory mowi, że niezależnie od tego co widzę, czuję i przeżywam 0n jest ze mną, kocha i może wszystko zmienić. Że on ma moc uratować i wyprowadzić z ciemności i wszystko w życiu ludzkim ma dla Niego sens nawet jak my tego sensu nie widzimy a widzimy tylko ciemność.
Ty mowisz, żebyśmy nie wpatrywali się w tą ciemność, ktotą widać, a trwali wpatrzeni w światło, ktore być może skryło się za chmurami ale jest znacznie bardziej realne i prawdziwe. Wzywasz mnie do wpatrzenia w Twoje obietnice, w Twoją miłość i w to, że nad wszystkim czuwasz, dobry Tato.
Przepraszam za moje płytkie spojrzenie i brak zaufania Tobie. od teraz postanawiam trwać w zaufaniu i wybierać wiarę, poddawać ją probię i całkowicie Ci, Tato, zawierzyć. Wiem że sobie poradzisz, oddaję Ci to.

Sunday, November 1, 2015

Dziennik duchowy #31.10/1.01

Panie...
Bądź błogosławiony i uwielbiony za to jak mnie prowadzisz.
Pragnę zapisać te wszystkie rzeczy, które czynisz w moim życiu, żebym nigdy ich nie zapomniał i żeby służyły mi jako drogowskaz.
Wczoraj rano, Panie, dałeś mi Ewangelię Łk 14; 1;7-11.
Jest tam napisane o przywodcy faryzeuszy, ktory zaprosił Ciebie, Synu Boży do swojego domu. Ja jestem tym faryzeuszem. Tym, ktory pragnie być najlepszy, święty, przed wszystkimi, pierwszy.
I jesteś Ty, ktory mowisz, że nie w ten sposob się to osiąga. Nie poprzez wywyższenie siebie i ciężką pracę o własnych siłach, polegając na samym sobie, wspinając się po szczytach z całych sił, aby osiągnąć Zbawienie i Świętość. Mowisz, że ten kto tak postępuje wcale nie jest znakomity, jest to człowiek zadufany w sobie i polegający przede wszystkim na sobie.
Za to może się zjawić ktoś znakomitszy i usiąść na ostatnim miejscu.
o Panie! Daj mi właśnie taką znakomitość.
Wzruszyłem się, poleciały mi łzy kiedy to przeczytałem, kiedy zrozumiałem, że nie muszę wcale być silny, niezłomny, zmagać się i wspinać na szczyt żeby osiągnąć to czego naprawdę pragnę i co naprawdę moje pragnienie wypełni.
Kiedy zrozumiałem, że moje zadanie jest wręcz odwrotne, że mam zejść w doł, do "stacji pokory", do stacji obnażenia wszyskich swoich słabości, marności, swojej małości i dziecięctwa. I że wtedy kiedy to wszystko wyjdzie na jaw i do tego wszystkiego się przyznam i to zaakceptuję to wtedy będę naprawdę bardzo słaby i wtedy tylko będziesz mogł mnie zbawiać i prowadzić...
Tylko wtedy stanę się silny Twoją siłą, znakomity i będę świecił Twoim światłem, a nie swoim. Emanując swoją ciemnością, małością i znajdując w Twojej łasce i Twoim spojrzeniu wywyższenie, kolejkę linową o nazwie ŁASKA, na ktorą biletem jest WIARA, ktora doprowadzi mnie do stacji ŚWIĘT0ŚĆ.
Człowieka, ktory przyzna się do swojej małości i oprze się wiarą jedynie na Twojej łasce, uzależni się całkowicie od Twojej łaski, takiego człowieka nazywasz Swoim Przyjacielem, i kolejką gorską przesadzasz go na pierwsze miejsce, blisko siebie. Każdego pragniesz mieć blisko, ale tylko ten, ktory uzna siebie za nic i uwierzy w Ciebie i oprze się na Twej łasce, tylko taki człowiek będzie gotowy na to, żeby być z Tobą tak blisko.

I ja zgodziłem się na to, Panie, a Ty jeszcze tego dnia dokonałeś we mnie kolejne dzieła Swoje.
Zawsze chciałeś ich dokonywać, ale teraz pozwoliłem Ci bo w końcu poddałem się i stanąłem w pokorze.

Moje zranienia związane z tą, ktorą pokochałem, a ktorej musiałem dać odejść wrociły, kiedy napisała do mnie.
Nie wiedziałem dlaczego jej zwierzenia o tym, że jej smutno wywołały we mnie tak wielki smutek nagle. Ja nie wiedziałem, a Ty wiedziałeś.

Czułem się winny, czułem, że zdradziłem ją, że zawiodłem, opuściłem, oszukałem.

Ty, Panie, wtedy na Adoracji, Ty sam przyszedłeś do mnie niepostrzeżenie.
Nigdy tego nie zapomnę jak przyszedłeś i jaki byłeś dla mnie.
Byłeś pełen pasji i czułem jak bardzo mnie kochasz, w sposobie w jaki mowiłeś do mnie.

Kiedy powiedziałeś, że nie zawiodłem Cię, że dzięki temu jak ją pokochałem zasiałem ziarno przez
ktore Ty będziesz mogł ją zbawić. Powiedziałeś, że ujrzę to Twoje zbawienie, ktore na niej dokonasz i że jesteś ze mnie niezwykle dumny. Powiedziałeś, że mogę Ci zaufać, zapytałem Cię, czy obiecujesz, a Ty z pasją powiedziałeś, że obiecujesz! Wiem, że Twoje słowo jest godne zaufania.
Powiedziałeś, że byłem piękny i szlachetny i zrobiłem bardzo wiele.
Płakałem.
Powiedziałeś, że nie muszę się już martwić o nią, bo Twoje drogi nie są moimi drogami.
Sam powiedziałem i zrozumiałem, żeś godny zaufania, i że nawet jak po ludzku będzie z nią źle, to wtedy szczególnie będę ufał, bo będę wiedział, że Ty wyprowadzisz z tego dobro i zbawisz ją, bo obiecałeś.
Potem przytuliłeś mnie i uśmiechałeś się do mnie. Zaufałem Ci, że pokażesz mi coś, i poszedłeś ze mną nad morze.
Pokazałeś mi statek. Bardzo stabilny i niezniszczalny statek z dwoma masztami symbolizujący to, że jesteśmy na nim we dwóch. Powiedziałeś, że ten statek ma głęboki fundament i żadne burze już go nie zatopią.
Zapytałem Cię czy ten statek kogoś uratuje. Spojrzałeś na mnie z wielką miłością i powiedziałeś, że tak.
I wtedy zapytałem, czy jest na nim miejsce na szczęście rodzinne. I pokazałeś mi moją żonę tulącą małe dziecko.
Powiedziałeś z uśmiechem do mnie: "A więc będzie to statek ratowniczy, na ktorym panuje szczęście". Byłem szczęśliwy na te słowa i wtedy zapytałem czy będę dobrym tatą. Pokazałeś mi mężczyznę z brodą, ktorym byłem i ktory trzymał za ręce dwojkę dzieci, i powiedziałeś, że będą miały bardzo żywe oczy.
Chciałem więcej szczegołow mojego statku, ale musiałem zakończyć modlitwę, a Ty obiecałeś mi, że jeszcze dokończysz pokazywać mi moj statek.
I kiedy cieszyłem się, ale jednocześnie zobaczyłem, że jest jeszcze we mnie bol, powiedziałem Ci, że mimo wszystko wciąż jest we mnie bol i że wciąż mam rożne zranienia wtedy Ty mnie przytuliłeś znowu i powiedziałeś, że ukoisz moj bol, ale że gdybym teraz go nie miał to Ty nie miałbyś co robić we mnie przez resztę mojego życia. Teraz wiem, że ten bol to życie, ten bol wynika z tego, że kocham. Miłość powoduje bol, kiedy wiemy, że ktoś kogo kochamy cierpi. Ale Ty jesteś lekarstwem na ten bol, bo obiecałeś, że ją zbawisz, i ja Ci ufam. Kocham Cię Jezu bardzo, że tak odnawiasz moje serce, ja pragnę żebyś dalej to robił, przyznaję się że jestem słaby, że są we mnie zranienia i małe poranione cząstki. Zbawiaj mnie jeszcze dziś, pogłębiaj we mnie wiarę nadzieję i miłość i spraw, żebym całkowicie zjednoczył się z Twoją wolą i trwał w Twoim wewnętrznym Życiu. Jesteś fascynujący, tak dobry, tak wspaniały, ufam Ci, nie boję się niczego, bo wiem, że Ty jesteś ze mną. Idź dalej w swym działaniu, ja się Tobie poddaję i udaję się dziś ponownie do "Stacji Pokora" i zamierzam wejść do kolejki za pomocą biletu o nazwie Wiara...

Wednesday, October 28, 2015

Samotność

Bez Ciebie,
jestem samotny bo
są pewne rzeczy o ktorych mogłbym rozmawiać tylko z Tobą, bo wiem, że byś zrozumiała.
Ale chyba nie możemy co?
Dziwne to wszystko i bolesne, nie powiem żebym rozumiał i miał na wszystko odpowiedź.
Przykro mi i myślę o tym czy jesteś teraz szczęśliwa, mam nadzieję, że tak
przychodzą mi do głowy rożne wspomnienia i trochę płaczę,
ale nie martw się o mnie, bo dobrze mi z Bogiem,
Nic mi do szczęścia nie brakuje, tylko...
Szkoda tylko że nie wiem nawet co u Ciebie,
byłoby jednak dobrze wiedzieć,

i moc porozmawiać o wszystkim i o niczym
są rzeczy ktore wywołują bol
ale cieszę się że były,
mam nadzieję, że przynajmniej niektore z nich były prawdziwą miłością i przybliżyły Cię ku właściwemu celowi na Twojej drodze

i ciągle myślę, że wtedy na placu zabaw to sam Bog patrzył na nas i odpowiednio manipulował
chmurami i Słońcem...

Pewne rzeczy są we mnie i zawsze będę je pamiętał, cieszę się, że mogłem Ciebie poznać, choć tak wiele rzeczy nam na pewno umknęło i nie dowiemy się ich już, chyba że po tamtej stronie...

Zawsze będzie dla mnie ważne czy jesteś szczęsliwa.

I czy Jezus sprawił już że złamane gałązki stały się z powrotem całe i zakwitły...

Brakuje mi kogoś kto powie mi dobranoc

Brak mi człowieka, ktory by mnie potrzebował i za mną tęsknił

Boże daj mi swoją miłość, wiem że Ty sam wystarczysz

wiem że Ty za mną tęsknisz i mnie kochasz

Wiem że Ty do mnie mowisz i mnie potrzebujesz

Jezu, zmiłuj się nade mną i tak mnie skrusz, tak mnie złam, tak mnie wypal, Panie, byś został tylko Ty...

Sunday, October 18, 2015

Mk10; 35-45

Synowie Zebedeusza, gwałtownicy, ludzie o wielkiej gorliwości i pasji podchodzą bliżej do Swojego Pana, ryzykują przez to wiele, bo im kto chce być bliżej tym radykalniej musi wyrzec się siebie i zmienić swoje życie.

Przychodzą z prośbą, pragnieniem, jakże pięknym pragnieniem! Przede wszystkim uznają Boskość i Wszechmoc Jezusa i wiedzą, że w Jego mocy jest uczynić im wszystko, wiedzą, że sami nie osiągną tego czego pragną, że może się stać to jedynie dzięki Jego łasce.

Ich prośba wyraża dla mnie prawdziwy płomień wiary, płomień serca, które widziało Chwałę Bożą i wie, że nic oprócz Niego nie ma już znaczenia w tej rzeczywistości.
Jakże piękne jest to pragnienie w porównaniu z naszymi prośbami, które kierujemy do Boga.
"Spraw abym był zwykłym, normalnym człowiekiem", "Spraw, żeby do końca miesiąca starczyło mi pieniędzy", "Spraw, abym dobrze napisał egzamin".

Spraw, żebym ja w Twojej chwale zasiadł po Twojej prawicy, a mój brat po Twojej lewicy.

Jezus musiał być zachwycony ich wielkim pragnieniem, a to jak zareagował świadczyło o tym, że widzi wielką wagę tego o co proszą - bardziej niż oni, i wie, że ich gorliwość nie jest jeszcze ukierunkowana właściwie. Że ich serca wymagają jeszcze dużej przemiany, żeby cały ich radykalizm poszedł w kierunku tego co pozornie najmniejsze i najbardziej pokorne, a w prawdzie najszlachetniejsze.

Jezus mówi o "chrzcie, którym ma być ochrzczony" i o "kielichu, który będzie pił". Pyta się zapalonych uczniów czy oni mogą również dostąpić tego o czym mówi, a oni potwierdzają.

Co to rzeczywiście oznacza?

Chrzest i kielich oznaczają cierpienie i śmierć męczeńską.
Czyli coś najbardziej chwalebnego w czym możemy naśladować Chrystusa, największa z łask - cierpienie dla Niego i wyrzeczenie się siebie dla Niego. Kiedy jesteśmy wolni od ciężaru strachu o samego siebie i o to, żeby dobrze wypaść, żeby ludzie pomyśleli o nas tak, a nie inaczej. Kiedy liczy się dla nas tylko, żeby trwać w Nim, pełnić Jego wolę i aby 0n żył przez nas, wtedy nagle zyskujemy ogromną swobodę, wolność i pokój wewnętrzny.

Jezus, więc potwierdza, że apostołowie, a więc także my, będziemy mieli możliwość, żeby doznać tej ogromnej łaski.

Jedynym słowem, pragnienia Apostołów i nasze będą zaspokojone w najwłaściwszy dla nas sposób, co nie znaczy, że w taki jaki byśmy sobie życzyli, gdyż możemy - tak jak Apostołowie - zwyczajnie nie wiedzieć o co prosimy, albo prosić, o to żeby Jezus zrobił z naszym życiem coś jedynie symbolicznego, kosmetycznego, podczas, gdy 0n pragnie zrobić z naszym życiem rzeczy niesamowite.

0burzenie pozostałych dziesięciu świadczy moim zdaniem tylko o jednym - o tym, że oni również chcieliby być najwięksi ze wszystkich i podoba im się, że Jezus "ukrócił zapędy" dwóch radykalnych braci.

Jezus widzi to i dlatego zupełnie odwraca ich perspektywę, nakierowuje ich dobre pragnienia we właściwym kierunku, ich radykalizm prowadzi ku postawie pokory, służby i byciem pierwszym w cichości i tym, który swoją władzę wykorzystuje, żeby tym bardziej kochać wszystkich i stawiać przed sobą, a o sobie najbardziej zapomnieć i uznać za nic.

To kompletne wywrócenie światowych dążeń, nie jest to zabijaniem ludzkiego serca, a wykorzystywaniem w sposób właściwy i zgodny z wolą Bożą pragnień, które Bog sam umieścił w sercu człowieczym.

Jezus stawia siebie za wzór, siebie stawia jako prawdziwego człowieka, tego kto jest największym i najprawdziwszym autorytetem dla każdego swojego ucznia.

Nie nakłada na ludzi "ciężaru, którego sam nie tyka palcem" jak to czynili uczeni w prawie, ale jest tym, który ukazuje Drogę do Szczęścia Prawdziwego, a raczej tym który sam jest Drogą, daje przykład, i ukazuje do czego wszyscy jesteśmy powołani, a nadto pokazuje nam jak to osiągnąć - oddać się całkowicie i zupełnie Jemu, zapomnieć o życiu dla siebie i dla zaspokajania swoich egoistycznych dążeń i oraz dać Mu przyjść do nas, wypełnić nas wszystkim czego nam potrzeba i potem dać Mu przez nas żyć i pełnić Jego wolę. W ten sposób, możemy stać się z Nim prawdziwie Jedno już za życia ziemskiego, i w ten sposób możemy odetchnąć z ulgą i spocząć w świętości i zyskać Życie, którego już nigdy nie utracimy.

Sunday, September 27, 2015

jak faryzeusz zabija Chrystusa

Jakub Apostoł w dzisiejszym czytaniu (Jk 5,1-6) obnaża co się dzieje z człowiekiem kiedy w swoim sercu znajduje miejsce na inne rzeczy poza Bogiem.
Ludzi, którzy tak czynią czekają utrapienia, więc narzekają doznając ich. To co pokochali, w czym położyli swoją nadzieję - jest tylko przemijającą marnością, zawodzi ich, a więc cierpią.

Wszystko okazuje się być ułudą i człowiek będzie cierpiał dopóki nie znajdzie się w Niebie, nie zostanie Zbawiony ostatecznie, czyli dopóki Bog nie stanie się dla niego absolutnie wszystkim i dopóki człowiek nie złoży całego swojego zaufania w Nim.

Dopóki nie zapomni o samym sobie, dopóki nie przestanie być dla niego ważne co pomyślą o nim inni, jak wypadnie, co powiedzą o nim, czy jest przez innych traktowany dobrze czy źle, czy jest taki jaki chciałby być, czy robi to co lubi.

A nie zacznie się dla niego liczyć jedynie to, żeby pełnić Jego wolę, co myśli o nim Bog, czy to co robi podoba się Bogu, czy robi to co Bog chciałby, żeby robił, czy swoją całą nadzieję i zaufanie opiera na Nim, na tym, że 0n mówi: "Dla Mnie nie ma rzeczy nie możliwych, będzie dobrze, niezależnie czy to widzisz, czujesz, czy jak to po twojemu wygląda, zaufaj mi i kochaj tak jak Ja kocham, przebywaj ze Mną, raduj się Mną" a nie na swoich przeczuciach, lękach czy jakimkolwiek ludzkim czy diabelskim myśleniu, dopóty człowiek nie zazna pokoju i wiecznej Radości.

Bog jest rzeźnikiem wszystkiego co jest poza Nim, czyli jest de facto marnością. Bog chce być dla mnie wszystkim, chce, żebym niezależnie od tego co myślę o sobie, co czuję był szczęśliwy dlatego, że 0n jest ze mną, że 0n Jest Jaki Jest. I skoro tak jest to radość nie ma końca, a wszystko inne jest marnością, do której należy podejść z dystansem i ze śmiechem.

Faryzeusz to ofiara marności, ofiara samego siebie, pokochał marność, pokochał coś poza Bogiem i nazwał to Bogiem, a więc cierpi i krzyżuje Chrystusa, który ma radość w Nim jedynie, w Jego miłości, w tym kim Jest i jaki jest dla nas.

Każdy z nas ma w sobie takiego faryzeusza, ukrzyżujmy go dziś prostą modlitwą:

Jezu, bądź dla mnie wszystkim i zabierz ode mnie wszystko co jest poza Tobą, oczyść moje serce z każdego bożka i z każdej nieufności względem Ciebie, oczyść mnie ze wszystkiego co sprawia, że nie opieram się jedynie na Tobie i spraw, żebym trwał w Tobie i w Tobie odnajdował spełnienie wszelkich moich pragnień i potrzeb. Naucz mnie pełnić tylko Twą wolę i spraw abym, żył wiecznie w Tobie i zawsze wracał do źródła, kiedy tylko coś zacznie mnie od Niego odrywać. Amen.

Sunday, September 20, 2015

Jezus z Nazaretu - prawdziwa historia... (cz.1)

Ten artykuł piszę po to, aby przybliżyć Wam, drodzy czytelnicy, na nowo najbardziej niesamowitą i fascynującą postać jaka kiedykolwiek żyła. Na temat tej postaci powstało wiele kłamstw i obiegowych iluzji, także za pośrednictwem Kościoła, choć źródłem tych zakłamań jest nie kto inny jak sam Książę Ciemności.
Jeśli dobrze pójdzie to postaram się rozpocząć całą serię artykułów na Jego temat, aby przybliżyć Wam i sobie Jego bardziej.

Zacznijmy od obnażenia "fałszywki" i rozprawienia się z paroma kłamstwami na temat Jezusa.

(Mdr 2,12.17-20)
Bezbożni mówili: Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Zobaczmyż, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zejściu. Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo - jak mówił - będzie ocalony.

Za "sprawiedliwego" postawiamy Jezusa, za bezbożnych - jak kto woli - diabła, faryzeuszy, albo wg. mnie lepiej - siebie samego.

1. Czy Jezus nie jest dla mnie kimś niewygodnym, kimś kto mi przeszkadza?
2. Czy nie mam w sobie przekonań na Jego temat, które sprawiają, że dystansuję się od Jezusa?
3. Czy nie podziwiam i nie pragnę naśladować kogokolwiek bardziej niż Jezusa i czy nie mam kogoś, kto jest dla mnie większym autorytetem niż 0n?
4. Czy nie mam poczucia, że Jezus jest jakiś miękki, słaby i niepociągający dla mnie jako mężczyzny-wojownika?
5. Czy nie mam obrazu Jezusa jako kogoś, kto "sprzeciwia się naszym sprawom", do kogo wolimy się za bardzo nie zbliżać w obawie, że powie nam, że robimy wszystko "nie tak", albo, że po prostu nie pasuje nam do końca wizja świata jaka kojarzy nam się z Jego osobą?
6. Czy nie postrzegam Go jako kogoś od kogo wszystko co mogę oczekiwać to upomnienie i pouczenie, kogoś kto głownie "wypomina mi moje błędy", chce mnie kontrolować, czy chodzę w niedzielę do kościoła, albo sprawia, że czuję się nieustannie niezadowolony z siebie, bo wszystko mógłbym zrobić jeszcze lepiej?
7. Czy nie uznajemy Go za "zbyt miłego i pokornego faceta", którego można obrażać i katować, a który jest zbyt słaby, żeby się postawić?
8. Czy Jego śmierci na krzyżu, chcąc nie chcąc, nie postrzegamy trochę jako objawu słabości?
9. Czy Jezus nie wydaje się odległy i niezainteresowany moim prywatnym życiem?
10. Czy nie mam wrażenia, że to, że Jezus umarł na krzyżu i Zmartwychwstał tak naprawdę nie ma większego wpływu na moje życie?

Jeśli mamy podobny obraz Chrystusa jak wyżej wymienieni bezbożnicy, nic dziwnego, jeśli nasz katolicyzm nie daje nam siły, życia i szczęścia.

Chrystus jak sam powiedział jest Drogą, Prawdą i Życiem.
Modlitwa do Niego ma dawać nam siłę, moc, radość, powinniśmy szczerze uznawać Go za najbardziej męskiego i niesamowitego gościa jaki kiedykolwiek chodził po Ziemi i ze wszystkiego na świecie pragnąć przede wszystkim Jego .
Dobra wiadomość jest taka, że jeśli tak nie uważamy, to znaczy że mamy wypaczony Jego obraz i jest dla nas szansa, żeby ten obraz odkłamać. Jeśli naprawdę uznamy, że Jezus jest brakującym sednem naszej egzystencji, kogoś kto WSZYSTKO zupełnie zmienia (na lepsze) - na logikę - zły duch zrobi wszystko, żeby zakryć przed nami Jego prawdziwe oblicze.

A teraz trochę prawdy o Nim.

(Jk 3,16-4,3)
Gdzie bowiem zazdrość i żądza sporu, tam też bezład i wszelki występek. Mądrość zaś /zstępująca/ z góry jest przede wszystkim czysta, dalej, skłonna do zgody, ustępliwa, posłuszna, pełna miłosierdzia i dobrych owoców, wolna od względów ludzkich i obłudy. Owoc zaś sprawiedliwości sieją w pokoju ci, którzy zaprowadzają pokój. Skąd się biorą wojny i skąd kłótnie między wami? Nie skądinąd, tylko z waszych żądz, które walczą w członkach waszych. Pożądacie, a nie macie, żywicie morderczą zazdrość, a nie możecie osiągnąć. Prowadzicie walki i kłótnie, a nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie. Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz.


Za "Mądrość" podstawiamy "Jezus Chrystus".

1. Jest czysty - co to w praktyce oznacza?
"(...) W wierze chrześcijańskiej natomiast tym, który nas rzeczywiście czyni czystymi i doprowadza stworzenie do jedności z Bogiem, jest wcielony Bog. Dziewiętnastowieczna pobożność ponownie stworzyła jednostronne pojęcie czystości, zacieśniając je coraz bardziej do kwestii ładu w dziedzinie seksualnej i tym samym ponownie budząc podejrzenia o wrogą postawę wobec sfery materialnej, ciała. W powszechnym poszukiwaniu czystości przez ludzi drogę wskazuje nam Ewangelia Jana - pokazuje ją sam Jezus: 0n, który jest Bogiem i człowiekiem zarazem, otwiera nas na Boga. Istotną rzeczą jest trwać w Jego Ciele, pozwolić, by przeniknęła nas Jego obecność.(...)" (BXVI - "Jezus z Nazaretu")

Czyli odnosząc się do tekstu Benedykta - czystość Jezusa polega nie tylko, ani nie przede wszystkim na tym, że jego sfera seksualna była uporządkowana, ale nade wszystko na tym że był otwarty na Boga, był z Nim samym zjednoczony, nie miał w sobie żadnych innych dążeń, pragnień czy postaw niż te, których oczekiwał od Niego Bog, i popatrzmy co jest konsekwencją takiej postawy czystości - to, że "trwamy w Jego Ciele i przenika nas Jego obecność" - niesamowite! Sam Bog wtedy osobiście może być w naszym wnętrzu obecny dokładnie tak jak był w Jezusie! Czyż nie jest to wspaniała cecha, do której warto dążyć? Co nam przeszkadza? Wszystko co w naszym życiu jest grzechem, czyli wszystko co robimy czy mówimy i nie bierzemy w tym pod uwagę zdania Boga na ten temat. Jeśli uda nam się z Jego pomocą tego wyzbyć, owoce mogą być niesamowite; polecam krotką modlitwę:

Panie, oczyść mnie. oczyść moje serce, wszystkie sfery mojego życia i spraw, żebym był tak otwarty na Boga jak Ty. 

2. Skłonny do zgody, ustępliwy:
A teraz szczerze: czy to są męskie cechy, które podziwiamy i chcemy naśladować? Mam raczej wrażenie, że jak widzę mężczyznę "skłonnego do zgody i ustępliwego", który nie umie się postawić odzywa się we mnie głos szyderstwa i politowania.

Ale Jezus bynajmniej nie jest popychadłem. (patrz: nieustanne obnażanie hipokryzji i zatwardziałości serc faryzeuszy, przepędzenie biczem kupców ze świątyni, wywoływanie sytuacji konfliktowych takich jak celowe nie przestrzeganie Prawa, częste wybuchanie gniewem i irytacja względem niepojętnych uczniów, uzdrawianie w szabat itd.) o jaką "skłonność do zgody" i "ustępliwość" więc chodzi?

Chyba najradykalniejszym przykładem jest sam Krzyż. Zauważmy, że Jezus będąc Bogiem mógł zrobić wszystko, obwoływali Go królem, chcieli z Niego zrobić przywódcę powstania, diabeł oferował mu wszystkie bogactwa świata, a 0n... Dobrowolnie pozwolił się zabić. To jest prawdziwa siła! Być w stanie zrobić wszystko, a wybrać coś najbardziej poniżającego, pozorną porażkę, i zrobić to tylko i wyłącznie z miłości do kogoś... W tym wypadku do każdego z nas...

Tak, jeśli ustępujemy i dążymy do zgody mimo, że mamy inne zdanie, ale ze względu na to, że kogoś kochamy, jesteśmy w stanie poświęcić swoją rację, powiedzieć "przepraszam, źle zrobiłem." mimo że mamy rację, ale ze względu na to, że druga osoba poczuła się skrzywdzona wyrzekamy się tej racji z miłości. To rzecz niezwykle męska.

A co dopiero "oddawać za kogoś swoje życie" dzień w dzień, np w małżeństwie, zamiast walczyć o to, żeby mieć rację, walczyć o to, żeby zawsze obdarzyć drugą osobę miłością, nawet jeśli wiąże się to z rezygnacją i tym że "nie wyjdzie na moje" - to jest dopiero wspaniała męska cecha.


3. Posłuszny + wolny od względów ludzkich i obłudy

Gdy zeszedł z gory, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. /Jezus/ wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: Chcę, bądź oczyszczony! I natychmiast został oczyszczony z trądu (Mt 8,1-3)

"(...)Księga Kapłańska 13,45-46 wyraźnie mowi, że "trędowaty, ktory podlega chorobie, będzie miał rozerwane szaty, włosy w nieładzie, brodę zasłoniętą i będzie wołać: "Nieczysty! Nieczysty! Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem". Nosili łachany, twarze mieli owinięte chustą, na głowie brudne i zmierzwione włosy. Mowimy o osobach wykluczonych. W Palestynie tamtych czasow, gdy ktoś zbliżył się na rzut kamieniem do człowieka z taką chorobą, narażał swoją prawość i reputację.
 Z takim niebezpieczeństwem przyszło się zmierzyć Jezusowi. Mężczyzna podchodzi do Niego, lecz zachowuje odległość, Co czyni Jezus?
Wyciąga dłoń i dotyka.
Piękno tego gestu jest niewyrażalne.
nie musi przecież wchodzić w kontakt z człowiekiem, aby go uzdrowić. Istnieje wiele opisow, w ktorych wypowiada tylko słowo, a chory odległy od niego o cały powiat odzyskuje zdrowie. Mimo wszystko postanawia go dotknąć. Dlaczego?! Wersja Ewangelisty Marka mowi, że Jezus jest "zdjęty litością" (Mk 1,41). Ten, ktory potrafi być tak niewzruszony, łatwo wspołczuje, i to ze słusznych powodow. Jest to bowiem coś, czego ow człowiek potrzebuje. Nikt już od dawna go nie dotykał. Głod ludzkiego dotyku potrafi być czymś znacznie bardziej dotkliwym niż głod chleba. Dobroć Jezusa wyrażona tym jednym aktem wystarczy, bym się w Nim rozkochał.
 A jeszcze Jego bulwersująca wolność.
Jezus jest bowiem teraz nieczysty, a przynajmniej w oczach odpowiednich władz.
Poza tym 0n właśnie rozpoczyna służbę. Ma do przekazania przesłanie, świadectwo, gdyż - jak sam twierdzi - na to wyszedł (Mk 1,38).
Wiarygodność jest w tym momencie dość ważna, zwłąszcza gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że w swoim niedawno wygłoszonym mistrzowskim kazaniu zaczął podważać przekonania pielęgnowane przez religijnych tyranow. Podejmując swoj następny krok, Jezus niemal na pewno sam się dyskwalifikuje. W sensie emocjonalnym i politycznym jest społecznym odpowiednikiem młodego księdza, ktory wygłosił właśnie swoje najważniejsze kazanie roku, a potem wychodzi przez kościoł, zapala papierosa i pociąga prosto z butelki dużego łyka tequili, podczas gdy obok mijają go wszyscy wierni. Mowię oczywiście w przenośni.
Jezus się tym nie przejmuje.
(...) Chęć z jaką naraża własną reputację jest zdumiewająca
Albo inaczej: bardzo się przejmuje, ale właściwymi rzeczami.(...)
Chęć z jaką naraża własną reputację jest zdumiewająca. (...) (J. Eldredge - "Piękny Banita")



4. Pełny miłosierdzia i dobrych owoców
"Po owocach ich poznacie" - to znamy chyba wszyscy. Wszystko co jest od Jezusa przynosi dobre owoce i wszystko co 0n sam robi takie owoce daje.
Kiedy czytamy Ewangelię i patrzymy na Jezusa musimy mieć świadomość, że widzimy zawsze miłość w akcji. Miłość, która kiedy trzeba jest pełna czułego miłosierdzia, a kiedy trzeba potrafi kipieć gniewem i postawą radykalnego sprzeciwu.
Wszystko co robi ma zawsze na celu Chwałę Bożą i dobro danego człowieka, stąd też inne postępowanie Jezusa w stosunku do rożnych ludzi. Jeden potrzebował tego inny tamtego, a więc Jezus dawał temu uzdrowienie w taki sposób, tamtemu w inny, jeszcze innemu naganę a kolejnego nazywał "Synem Piekła", żeby uderzyć w mur jego zatwardziałego serca.
Kocham w Nim tą trafność, to że zawsze widzi prawdę o człowieku i trafia dokładnie w punkt tym co robi i mówi.

A teraz bardzo ważna sprawa. Każdy z nas potrzebuje miłosierdzia. Każdy. Jeśli ktoś ma obraz Boga bez miłosierdzia, jest straszliwie okłamany przez wroga.
Każdy z nas zgrzeszył w życiu, już grzechem pierworodnym, ale prawda jest taka, że codziennie robimy dziesiątki, setki rzeczy, ktore się Bogu nie podobają. A jaka jest kara słuszna za robienie tego co się Bogu nie podoba? Pismo Święte jednoznacznie mowi, że karą za grzech jest śmierć!(Rzym.6:23)

Przed tym, żebyśmy zostali wszyscy słusznie zmieceni z powierzchni ziemi chroni nas tylko Miłosierdzie Boże.

Czy znaczy to, że powinniśmy żyć w nieustannym strachu i poczuciu winy i biczować się za każdy grzech?

Nie, bo 0n tak nie postępuje, zauważmy, że robi rzecz skandaliczną: wybacza grzechy cudzołożnej kobiecie, która miała być ukamienowana przez tych, którzy są zwolennikami słusznej kary za grzechy. Jestem absolutnie przekonany, że kobieta nie przeżyła skruchy dopóki Jezus jej nie dotknął. Nie ma w ogóle o tym mowy, ta kobieta wcale nie żałowała swojego grzechu, jej żal i płacz polegał tylko na tym, że była przerażona tym, co z nią zrobią, że ją zabiją, a jestem przekonany, że dopiero kiedy doświadczyła miłosiernej miłości Jezusa postanowiła, że więcej nie będzie grzeszyć, bo po prostu zobaczyła, że nie warto, że jeśli człowiek, który ją tak potraktował mówi "nie grzesz więcej", to znaczy że nie warto. I nie chciała więcej grzeszyć z miłości do Niego.

Każdy z nas potrzebuje takiego miłosierdzia, bo w każdym z nas kryje się więcej brudu niż myślimy. Sztuką jest to miłosierdzie przyjąć i wybaczyć samemu sobie zło, które 0n w wielkiej hojności nam wybacza przez sakrament pokuty i pojednania.

5. Zaprowadzający pokoj:
Czy celem dążeń Jezusa jest pokoj bez względu na warunki?
Czy Jezus jest pacyfistą?
Czy był pacyfistą, kiedy wypędzał biczem kupców ze świątyni?

Nie.

jaki pokój chce więc zaprowadzić Jezus?

odpowiedź jest prosta. Jezus chce zaprowadzić pokój wewnętrzny w nas. Chce żebyśmy byli w głębi nas spokojni, a stajemy się tacy kiedy przebywamy w Nim, kiedy jesteśmy z Nim w relacji miłości, kiedy kochamy Go i wiemy, że jesteśmy przez Niego kochani, a więc nic nam nie grozi, nie musimy się bać.
Chroni nas nie tylko ani nie przede wszystkim zewnętrznie przed niebezpieczeństwem (choć tak oczywiście też jeśli Go o to prosimy), ale chroni nas przed zagrożeniami w nas samych, czyli przed grzechem, przed diabłem, sprawia, że wszystko poza Jego miłością przestaje mieć już na tyle duże znaczenie, żeby się tego bać. Śmierć staje się czymś dobrym, czego w pewnym sensie nie możemy się doczekać, bo po śmierci będziemy już na zawsze z Nim. To co myślą o nas inni staje się czymś zupełnie nieistotnym, bo zaczyna się liczyć dla nas tylko to, co myśli o nas 0n.

Czy to znaczy, że kiedy czujemy się przez Niego kochani nie mamy już nic robić?
Mamy zgadzać się na zło i wszystko mieć w głębokim poważaniu?

Ależ skąd!

Jezus miał cały czas pokój wewnętrzny dzięki nieustannemu przebywaniu w głębokiej wewnętrznej komunii ze Swoim 0jcem, ktory jest w niebie, a przecież wpadał we wściekłość i przepędzał z pasją kopców ze świątyni, nazywał faryzeuszy "Synami Piekła", zżymał się na uczniów, płakał, przeżywał śmierć Jana Chrzciciela, a nade wszystko miał Swoją misję: uzdrawiał, wypędzał złe duchy, żeby w końcu umrzeć na krzyżu, a na końcu Zmartwychwstać; jest niezwykle barwną i niezwykłą osobowością.

Kiedy jesteśmy z Nim w bliskiej relacji to wtedy po pierwsze jaśniej wiemy co mamy robić, żeby przynieść tym dobro a nie szkody, po drugie mamy siłę na to, żeby to robić, a po trzecie mamy tym większą chęć i pasję, żeby to robić!

Mając pokoj w Nim jesteśmy gotowi do wojny ze złem, do zmieniania tego co możemy zmienić naprawdę na lepsze. Taki jest pokój przynoszony przez Chrystusa. I za to, że obdarza mnie tym pokojem jeszcze bardziej Go kocham.

źrodła:
Benedykt XVI - Jezus z Nazaretu; cz. II
John Eldredge - Piękny Banita
Biblia Tysiąclecia

Thursday, September 3, 2015

Brak

Nie użyję słowa czuję,
bo to słowo nie wyraża, nie wskazuje,
na brak i wyrwę jaka we mnie powstała,
siłą przeze mnie uczyniona została:
pustka

nie ma wielkich emocji, jest brak części mnie,
brak powodu, żeby walczyć,
brak powodu, żeby wstać,
brak powodu, żeby pisać,

Boże, ocal mnie z mojego letargu,
Boże, zapełnij moją pustkę, abym żył,
Boże, daj mi wiarę, miłość do Siebie,

Wednesday, August 12, 2015

Causes of crime

on my english lesson I was asked to find out most important reasons why does crimes exist in our society.

From my outlook it's impossible to answer this question without being sent to antropology and theology.

I was given 5 reasons of the existence of crime and I had to classify them from the most affecting one to the least. In my opinion the order should look like that way:

1. Bad parenting
2. People are naturally violent
3. Gangs
4. Poverty
5.Teenagers

In Christianity we find out that every human is affected by the birth-sin. By the old nature which is evil and has nothing to do with holiness.
In fact it doesn't justify crime in any way, because every person even affected; has his own free will.
What makes people to do crime then? Why do they make choices which are wrong?
The answer is, because they are cheated, dismissed.
our Lord on the cross Himself said: "Father, forgive them because they don't know what they do'.
Every person who sins does it because he doesn't see the truth. The offender thinks that his crime is good! He doesn't see anything wrong in crime while he sins. Noone can say clearly
'my behaviour is wrong, but I want to do this anyway'. No. Everyone has his own morality even if he doesn't want to. If someone says this, he lies. of course there is possibility that someone confesses the morality which says that 'everything is allowed', or 'everything what is good for me is allowed, even if someone hurts because of it'. But then he will not think that what he does is evil. From his point of view it's good. of course we know that often people do crimes when they are affected by emotions or by alcohol, drugs, addictions, bad habits etc. Normally they know that it's wrong to beat somebody up, but because of some reasons they didn't see it in the moment of crime.

ok then, if anyone who does make crime thinks that what he do is good, then how we can judge them? how we can say he did wrong when in that specific moment he thought it was good or in his or her morality it's simply nothing wrong?!

Yes we can judge if we believe in one simple dogma.
It's about a conscience.
This dogma says that everyone make choices if they trust their conscience which tells them TRUTH, or nearly truth about what is wrong or if they trust other voices, sounds of their nature affected by the birth-sin, sounds of this what did they see in their homes and how their parents treated them, or simply sound of the senses.

People who choise not listen their conscience do terrible sin.

So, for example the thief, who steals, says that he doesn't see anything wrong in this crime.
He says that his parents taught him that it's ok to steal.
How can we judge him?

We can judge him because he didn't have to listen his parents teaching about stealing, he made choice deeply in his heart.
The conscience of child ALWAYS says that making someone suffer, making someone sad is WR0NG.
When he was stealing something from his colleagues and he saw that they suffer he for sure knew that is wrong, because this moral law is written in the heart of child.

We have three options then:
1. he made the decision to trust his parents worldview not the sound of conscience.
2. he never Saw the suffering of other people caused by his crime.
3. he was forced by parents to steal in spite of himself, his heart was broken.

If 1) then he is guilty as the Eve was guilty of trusting the serpent not God, his crimes from that moment are caused by his ownmade decision which is decision made against his own conscience, it can be caused for example by the evil desire of having goods, and choice to trust this wrong desire not his own conscience. Anyway we've got a sin here. Choosing something good for me despite of other person suffering because of it is definetly wrong.

When 2) is truth about the person, then we can't say he is guilty. But personaly I can't believe that someone can steal without any doubt even if their parent's taught them that it's absolutely ok, and he didn't see anyone suffer because of that. I think that child in his simplicity will find out that something is wrong. But it's no matter of facts - it's just my intuition. If I am right then we are back in 1) or in 3)

If 3) is truth about the person, he is of course not guilty, whole sin belongs to his or her parents. As long as the child remains under the emotional tyranny of parents, it's not guilty. In moment in which child is able to emancipate itself from their influence, we go back to 1) or child starts to feel remorse and tries to change it's behaviour.

o miłości [na podstawie tekstu Tomasza z Akwinu]

Pierwsza sprawa dla mnie zaskakującą, którą wyczytałem u św. Tomasza,  o której w tych czasach się nie mówi, że obdarzając człowieka przyjaźnią jesteśmy również winni obdarzyć życzliwością ludzi związanych z osobą, którą obdarzamy przyjaźnią, jak czytamy u Tomasza:

[
Przyjaźń odnosi się do kogoś w dwojaki sposób: raz do samego
Przyjaciela, i taka przyjaźń odnosi się tylko do niego. Wtórnie jednak przyjaźń odnosić
się może do kogoś z powodu innej osoby jak na przykład ktoś przyjaźniąc się z jakimś
człowiekiem miłuje też i innych wszystkich, którzy są z nim związani, jak jego synów, ·czy sługi, czy też kogokolwiek innego; i taka może być przyjaźń do przyjaciela, że
miłujemy wszystkich, którzy do niego należą, choćby oni nas obrażali, lub mieli w
nienawiści. 

T
omasz jednocześnie zrazu podkreśla, że nie ma możliwości, aby taką miłością kogoś dla nas problematycznego obdarzyć bez oparcia tego na Bogu i na relacji przyjaźni z Nim samym. Po prostu nie ma opcji. Człowiek sam z siebie nie ma na to ani ochoty, ani siły, jedynie znajdując oparcie w Bogu i w relacji z Nim jesteśmy w stanie obdarzać życzliwością ludzi nam nieżyczliwych, co niewątpliwie jest celem wartym zachodu,  obdarzając kogoś taką miłością, która pochodzi od Boga przemieniamy serce tej osoby, którą obdarzamy miłością. Po ludzku to, bowiem nie możliwe, a doświadczenie czegoś nadludzkiego jest zawsze przemieniające.

W ten sposób miłość przyjaźni rozciąga się też na nieprzyjaciół, których
miłujemy z miłości z powodu Boga, z którym przede wszystkim mamy przyjaźń
miłości.]

Jak więc trwać w takiej relacji z Bogiem skoro Go nie widzimy, ani nie słyszymy Jego głosu?

Życie ludzkie jest dwojakie: jedno zewnętrzne, naturą zmysłową i
cielesną, i pod tym względem nie mamy łączności i obcowania z Bogiem czy też z
aniołami. Jest jednak w człowieku życie duchowe, umysłowe, i tym możemy obcować
z Bogiem i z aniołami, choć w obecnym stanie nie jest to obcowanie pełne, jak
powiada Apostoł (Filip 3,20): „nasze obcowanie w niebie jest”; obcowanie to będzie
jednak udoskonalone w niebie, gdzie „słudzy Jego służą Bogu i widzieć będą oblicze
Jego” (Objaw 22, 3-4). Przeto tutaj miłość nie jest doskonała, ale udoskonalona
zostanie w ojczyźnie niebieskiej.

Czyli ta relacja będzie pełna d
opiero w Niebie, ale już teraz możemy rozmawiać z Bogiem we wnętrzu naszej duszy i słyszeć Jego głos, jeśli otworzymy się nań i uwierzymy, że możemy Go usłyszeć. Możemy po prostu mówić i oczekiwać odpowiedzi,  która zrodzi się w naszej duszy, jeśli będzie w nas dość wiary i otwartości.

Czy Bóg chce być ze mną w takiej relacji? Czy to w ogóle możliwe dla mnie? Nie?

A jednak Jan Ewangelista jest innego zdania kiedy mówi (15,15): „już was nie
będę zwał sługami ..., Ale przyjaciółmi...”.

Jak 
odróżnić miłość od pożądania osoby bądź przedmiotu? Czy jest możliwa miłość kiedy kogoś zwyczajnie nie lubimy?



Arystoteles w Etyce6) powiada, że nie jakiekolwiek lubienie ma
charakter miłości, ale lubienie, które połączone jest z życzliwością, a mianowicie
wówczas, gdy kogoś lubimy życząc mu dobra. Kiedy jednak przedmiotom które
lubimy nie życzymy dobra, a natomiast ich dobra pożądamy dla siebie, jak na przykład
lubimy wino lub konia czy coś podobnego, wówczas lubienie to nie jest przyjaźnią a
raczej pożądaniem. Śmieszne bowiem byłoby czyjeś powiedzenie, że ma przyjaźń z
winem czy koniem.
Sama jednak życzliwość nie jest wystarczającym powodem do przyjaźni, gdyż
wymagana tu jest jeszcze miłość wzajemna, ponieważ przyjaciel jest przyjacielem
przyjaciela. Tego zaś rodzaju wzajemna życzliwość buduje się na jakiejś łączności.
A ponieważ między człowiekiem a Bogiem istnieje jakaś łączność, jako że nam
udziela swej szczęśliwości wiecznej, przeto na tej łączności powstawać winna
pewnego rodzaju przyjaźń. O tej wzajemnej łączności powiedział Apostoł (1 Kor 1,5):
„wierny jest Bóg, przez którego wezwani jesteście do towarzystwa Syna Jego”.
Lubienie zaś oparte na tego rodzaju łączności nazywamy miłością. Wynika więc z
tego jasno, że miłość jest pewnego rodzaju przyjaźnią człowieka z Bogiem.

Stąd wynika, że d
o miłości potrzebna jest taka sama postawa życzliwości i lubienia z obu stron. Relacji jednostronnej nie można nazwać przyjaźnią, ani miłością.

Ale bardziej niesamowita jest druga część, w której dowiadujemy się, że miłość powstaje, kiedy obydwie osoby zainteresowane są w relacji miłości do tegoż samego Jedynego Boga i na tej miłości opierają swoją relację miłości.

Zachęcam d
o praktykowania :)

Sunday, August 2, 2015

2.08 - Niedziela; czytania i Ewangelia

(Wj 16,2-4.12-15)
I zaczęło szemrać na pustyni całe zgromadzenie Izraelitów przeciw Mojżeszowi i przeciw Aaronowi. Izraelici mówili im: Obyśmy pomarli z ręki Pana w ziemi egipskiej, gdzieśmy zasiadali przed garnkami mięsa i jadali chleb do sytości! Wyprowadziliście nas na tę pustynię, aby głodem umorzyć całą tę rzeszę. Pan powiedział wówczas do Mojżesza: Oto ześlę wam chleb z nieba, na kształt deszczu. I będzie wychodził lud, i każdego dnia będzie zbierał według potrzeby dziennej. Chcę ich także doświadczyć, czy pójdą za moimi rozkazami czy też nie. Słyszałem szemranie Izraelitów. Powiedz im tak: O zmierzchu będziecie jeść mięso, a rano nasycicie się chlebem. Poznacie wtedy, że Ja, Pan, jestem waszym Bogiem. Rzeczywiście wieczorem przyleciały przepiórki i pokryły obóz, a nazajutrz rano warstwa rosy leżała dokoła obozu. Gdy się warstwa rosy uniosła ku górze, wówczas na pustyni leżało coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi. Na widok tego Izraelici pytali się wzajemnie: Co to jest? - gdyż nie wiedzieli, co to było. Wtedy powiedział do nich Mojżesz: To jest chleb, który daje wam Pan na pokarm.

Pan Bog chce, żeby Jego lud jeszcze bardziej uzależnił się od Niego. Trzeba zauważyć, że podczas przebywania w niewoli ludowi było całkiem dobrze; jego ego było podłechtane, natomiast decydując się na wyzwolenie z Bogiem narazili się na ryzyko, musieli porzucić niewolę, w ktorej ich ego było wysokie i było celem samym w sobie, niejako wynagrodzeniem za doznawane krzywdy. To znaczy: Będąc w niewoli doznawali krzywd i pewną rekompensatą było dla nich doznanie przyjemności, jaką było pożądne jedzenie.
Jest to postawa rownież nam dobrze znana; postawa w ktorej trudy życia musimy sobie rekompensować przyjemnościami, ktore nie koniecznie pochodzą od Boga i nie mają na celu nic poza tym, żeby nam samym było lepiej.
Taka postawa zdecydowanie nie podoba się Bogu, ktory pragnie, żeby to w Nim szukać pociechy i do Niego uciekać się podczas trudności i żeby Jego dzieci w Nim znajdowały źrodło radości.
Pan ukazuje Swoje intencje wobec nas. Pragnie, żeby nasze potrzeby były zaspokojone, ale tylko w Nim, nigdy poza Nim. Bog daje więc zarowno Izraelitom, jak i nam wszystko czego potrzebujemy, żeby nasze potrzeby i pragnienia zostały zaspokojone. Szukajmy więc u Niego, bo tam znajdziemy to czego nam prawdziwie potrzeba. Sztuka w tym, żeby nie szukać przede wszystkim zaspokojenia
swoich potrzeb, a powierzyć tę sprawę Bogu i ufać Mu, że to 0n zaspokoi nasze potrzeby kiedy my Mu zaufamy i będziemy przede wszystkim szukać Jego Chwały i sposobu służenia Mu samemu i Jemu w drugim człowieku.

(Ef 4,17.20-24)
To zatem mówię i zaklinam was w Panu, abyście już nie postępowali tak, jak postępują poganie, z ich próżnym myśleniem, Wy zaś nie tak nauczyliście się Chrystusa. Słyszeliście przecież o Nim i zostaliście pouczeni w Nim - zgodnie z prawdą, jaka jest w Jezusie, że - co się tyczy poprzedniego sposobu życia - trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości.

Piękne podsumowanie tego co napisałem poprzednio! Kocham Cię św Pawle.
Wszystko jest jasne. Trzeba wykreślić prożność i wypowiedzieć radykalną walkę ze stawieniem siebie jako celu swoich działań. Trzeba wyrzucić ze swojego postępowania robienie czegoś tylko i wyłącznie dla siebie, dla swojej chwały, pychy i egoizmu. To Bog, Jego chwała i dobro innych ludzi mają stać się przede wszystkim naszym celem. Paradoksem jest, że szukając Boga odnajdziemy wszystko czego potrzebujemy, w Nim odnajdziemy wszelką pociechę, umocnienie, radość, pokoj.
Ale kochając Boga naprawdę nasze dążenie nie może się ograniczyć tylko do brania i szukania w Bogu swojego własnego zaspokojenia. Miłość pragnie więcej, pragnie żyć dla Niego zapominając o sobie. Kiedy nasze potrzeby są zaspokojone, kiedy Jego miłość wypełnia nasze serca jesteśmy w stanie zrobić bardzo wiele na Jego chwałę dla innych uświęcając jednocześnie siebie.

Panie, przyoblekam się dziś w Nowego Człowieka i postanawiam żyć zgodnie z nowym sercem oddanym Tobie jakie we mnie stwarzasz, pragnę, abyś napełnił mnie swoim Świętym Duchem i posługiwał się mną dla Swojej chwały w taki sposob jaki chcesz. 0ddaję Tobie całego siebie odrzucając drogi starego człowieka i prosząc abyś dopomogł mi przemienić mi się zupełnie w człowieka nowego, i zupełnie porzucić stare ścieżki. Niech moj umysł zostanie odnowiony w Tobie, aby to Twoja miłość była jedynym źrodłem z ktorej będę czerpał wszystko czego potrzebuję. Naucz mnie znajdować wszystko czego potrzebuję w Tobie, i naucz mnie szukać przede wszystkim Twoich drog samych w sobie, a dopiero potem siebie.

(J 6,24-35)
A kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że nie ma tam Jezusa, a także Jego uczniów, wsiedli do łodzi, przybyli do Kafarnaum i tam szukali Jezusa. Gdy zaś odnaleźli Go na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: Rabbi, kiedy tu przybyłeś? W odpowiedzi rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, żeście widzieli znaki, ale dlatego, żeście jedli chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec. Oni zaś rzekli do Niego: Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże? Jezus odpowiadając rzekł do nich: Na tym polega dzieło /zamierzone przez/ Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał. Rzekli do Niego: Jakiego więc dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: Dał im do jedzenia chleb z nieba. Rzekł do nich Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu. Rzekli więc do Niego: Panie, dawaj nam zawsze tego chleba! Odpowiedział im Jezus: Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie.

Bądź uwielbiony prawdziwy Boże!
Ja i każdy człowiek prędzej czy poźniej widzimy, że kiedy postępujemy swoimi drogami zaniedbując szukanie tylko i wyłącznie drog Bożych, zobaczymy, że nie ma tam tego czego szukamy. Czyli Jezusa. Znajdując tylko siebie i swoje zaspokojenie zrozumiemy, że nie tego szukaliśmy, że to nie wystarczy. Że dalej jesteśmy puści w środku.
Jedynym ratunkiem będzie wtedy odrzucić wszystko i wyruszyć na poszukiwanie Jezusa.

Jezus obnaża prawdziwe powody tego dlaczego Go szuka większość z nas. Bo szukamy zawsze Jego niezależnie czy zdajemy sobie z tego sprawę. Może nam się wydawać, że potrzebujemy coraz więcej pieniędzy, alkoholu, świętego spokoju i bez tego nie będziemy mieli radości w sobie. Ale prawdą jest, że kiedy odnajdziemy Jezusa wszystkie inne nasze pragnienia są czymś śmiesznym, to znaczy, nie to że wszystkie trzeba odrzucić, ale trzeba je skierować ku Niemu, ku Jego chwale bo tylko wtedy mają one sens. Święty spokoj będzie atrakcyjny jeśli będzie pokojem pochodzącym od Jego Ducha, Alkohol będzie atrakcyjny jako napoj ujawniający Jego radość ktorą już otrzymaliśmy i ktorą możemy jeszcze pomnożyć i wyciągnąć na zewnątrz i podzielić się nią z innymi. Pieniądze staną się dobre jeśli przeznaczymy je dla dobra innych ludzi, lub dla naszego własnego przybliżenia do Boga.

Jezus stara się przekonać nas, że to w Nim odnajdziemy wszystko co potrzeba, i stara się nakłocić nas abyśmy ubiegali się przede wszystkim o ten pokarm ktory 0n daje - o Eucharystię; oraz abyśmy troszczyli się przede wszystkim o sprawy niebieskie,

Konieczna do zobaczenia wspaniałości i niezwykle oszałamiającej wartości chleba jaki daje nam sam Bog jest silna wiara. Jeśli przyjmiemy Eucharystię nie oczekując wiele - wiele nie otrzymamy. Natomiast jeśli położymy w Niej całą naszą nadzieję, jeśli będziemy oczekiwać cudow w naszym życiu, jeśli przyjmiemy Chrystusa z głębokim przekonaniem i nastawieniem, że To jest to co pomoże na nasze trudności i problemy, To jest to co przemieni moje serce, To jest właśnie uzdrowienie, w Tym jest zawarta cała tajemnica miłości to tak właśnie będzie. Trzeba więc zaryzykować wiarę, wystawić w pewnym sensie Boga na probę, zawierzając Mu wszystko i trzymając Go za Słowo, że będzie naprawdę dobrze. Może nie w taki sposob w jaki ja chcę, ale będzie naprawdę dobrze... I trzymać się tego bo 0n tak powiedział, niezależnie od tego co czuję. To jest wiara. Pragnienie i wdzięczność pochodzące ze świadomości czym ten chleb jest.

św. Teresa Wielka powiedziała, że gdybyśmy znali wartość Eucharystii to przyjmując ją umarlibyśmy ze szczęścia. Zaufajmy także jej i bezgranicznie zaufajmy, że w Nim znajdziemy wszystko czego szukamy.

Monday, July 27, 2015

Sen

obudziłem się i stwierdziłem, że moi rodzice już wrocili, jednak szybko przekonałem się, że 2 rzeczy są nie w porządku, po pierwsze obudziłem się bardzo poźno i jest już popołudnie, po drugie moi rodzice mają do mnie o coś duże pretensje.

Moj brat namowił mnie na wyjście z domu, wyszliśmy, pojechaliśmy do Wrzeszcza, nie rozumiałem celu tego wyjazdu, dopoki moj brat nie powiedział, że chodzi o to, że moi rodzice są na mnie źli z jakiegoś w moim mniemaniu błahego powodu,, i najlepszym wyjściem będzie wyjechać, żeby zaczęli się martwić i sami do mnie dzwonić.

We wrzeszczu zobaczyłem jeszcze mężczyznę, ktory wyglądał jak ojciec i przechadzał się samotnie, dziwiliśmy się, bo ojciec raczej nigdy nie lubił samotnych spacerow, ale widać było, że jest czymś mocno pochłonięty.

Będąc we wrzeszczu zorientowałem się, że jest poźna godzina - ok. 20:00, a moj brat musi do 20:30 złożyć bagaże na pielgrzymkę na ktorą idzie następnego dnia. Jak się okazało - zapomniał o tym, a więc pozostało złożyć bagaże następnego dnia, co było problematyczne.

Potem zdecydowaliśmy się wracać do domu, ale weszliśmy do losowego autobusu, licząc, że zawiezie nas w dobre miejsce.

Jednakowoż okazało się, że wywiozł nas w dokładnie przeciwnym kierunku, i jak wysiedliśmy, pani w sklepie nie wiedziała nawet gdzie jest Morena.

Zdecydowaliśmy, że wrocimy następnego dnia, bo tego dnia nie ma już autobusow i zdecydowaliśmy się przenocować w mieszkaniu uderzająco podobnym do naszego, ale z innym widokiem przez okno.

Nastąpiło rano i okazało się, że w mieszkaniu są nasi rodzice! Było to szokujące, bo przecież nie byliśmy w swoim mieszkaniu. Zachowywali się jakby nigdy nic. Zacząłem mowić im, że jesteśmy w innej dzielnicy, w innej rzeczywistości i że zamierzamy wrocić do domu. Czy oni nie widzą w tym nic dziwnego? Czy dla nich wszystko jest normalnie?
ojciec racjonalnie podjął temat poprzez przytomne stwierdzenie: "Jak wrocicie na czas to pogadamy". (w domyśle będzie można uznać, że to co mowicie jest prawdą).

Mieliśmy wrocić na 16:30, a składanie bagaży na pielgrzymkę zamieniło się w coś innego, bliżej nieokreślonego, zamawianie biletow na mecz czy coś w tym stylu. Do 16:30 trzeba było zamowić te bilety.

Spojrzeliśmy na zegar i doznaliśmy kolejnego szoku bo okazało się, że jest po 15:00, rodzice także byli zdziwieni. Pożegnaliśmy się z rodzicami i doznałem niespodziewanej fali wzruszenia przy tym pożegnaniu, popłakałem się i miałem ochotę wyznać im miłość.

Zaraz kiedy wyszliśmy z mieszkania zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Naszym celem było trafić na ten sam przystanek i wsiąść do autobusu, ktorym przyjechaliśmy, kiedy wsiadaliśmy do windy, pojawiły się liczne osoby, kobiety i mężczyźni, ktorzy zaczęli wsiadać, albo blokować nam windę, osoby wyglądały dziwnie, nie okazywały żadnych emocji i stały biernie i statecznie z uśmiechem. Byłem wściekły bo opoźniały nas i była groźba, że nie zdążymy, jakoś zdołało mi się wepchnąć je do środka i pojechaliśmy windą w doł.

Na dole okazało się, że osoby są nam wrogie, powaliły mojego brata na ziemię i chciały to samo zrobić ze mną, sytuacja stała się bardzo trudna i przytłaczająca, jedynym wyjściem jakie w niej znalazłem było uznanie tych ludzi za diabły i wykrzyknięcie do każdego po kolei: "idź precz w imię Jezusa Chrystusa", "Giń w imię Jezusa Chrystusa", co okazało się skuteczne, ale wszystko było jakby za mgłą i nie miałem pełnej wiary. Nie wiedzieć kiedy moj brat zmienił się w mojego przyjaciela Stefana, ktory jest ateistą.

Nagle zdałem sobie sprawę, że jesteśmy w bardzo trudnym położeniu, w niebezpiecznej rzeczywistości, a my musimy natychmiast wracać, bo nie wiadomo co nam grozi dalej. W pewnym sensie zdawałem sobie sprawę, że to jakaś gra, sen czy cokolwiek i wzięliśmy szybko jakikolwiek samochod ktory stał na parkingu, Stefan prowadził, stał się jednocześnie Przemkiem - moim przyjacielem z postawowki. Na każdym kroku czekała policja, ktorą wymijaliśmy nie zważając, że każe się nam zatrzymać, będąc w pewnej odległości zrozumieliśmy, że wysłali za nami pościg. Probowaliśmy ukryć się z autem zbaczając z drogi, chcieliśmy schować się w wysokiej trawie, ale dostrzegli nas z daleka, więc ruszyliśmy dalej, chcieliśmy zmylić policjantow skręcając w boczną leśną drogę, skręciliśmy tam, a policjanci pojawili się tuż przy nas. Właściwie nie wyglądali jak policjanci. Raczej jak jakieś zjawy, w mig podjęliśmy decyzję, że schowamy się w dziurze, w minijaskini, ale rownież w mig zdałem sobie sprawę, że to nie jest dobra kryjowka, Stefan tam wskoczył, a ja wyskoczyłem i wbiegłem na małe piaszczyzste wzniesienie, okazało się, że "policjanci" strzelają do nas, dobiegli do jaskini w ktorej siedział Stefan i strzelili do niego, do mnie także strzelali, byłem ukryty na tym małym piaszczystym wzgorzu i byłem w stanie się wychylać, żeby "oddawać". Interesujący był moj stan wewnętrzny, bałem się bardzo mocno i zdawałem sobie sprawę, że jedyną bronią jaką mam, jest 'giń w imię Jezusa Chrystusa', ale czy tamci poprzedni naprawdę od tego padli? Przecież to zupełnie nie racjonalne, nie ufałem do końca tej metodzie i moje położenie w ułamku sekundy zdało mi się rozpaczliwe. Zdecydowałem się jednak użyć jedynej broni jakiej miałem. Wychylałem się więc i wykrzykiwałem "Giń w imię Jezusa Chrystusa!". Na początku nic się nie działo, odstrzeliwywali mi z pistoletu, ale unikałem strzałow choć niektore trafiały blisko miałem jakąś niepojętą nadzieję, że nic mi się tak czy owak nie stanie, była to bardzo irracnojalna nadzieja ale zaczynałem się bać coraz mniej, wzrastała we mnie odwaga i zacząłem z coraz większą wściekłością i wiarą wykrzykiwać to samo. W końcu po kilku okrzykach postać ubrana na czarno ktora strzelała zaczęła zmieniać barwę i było widać, że otrzymuje ciosy, umiera, jej twarz ukryta w mroku zaczęła przybierać grymas niewyobrażalnego cierpienia. Jednak do końca nie wydała z siebie dźwięku, w końcu padła trupem. Zdałem sobie sprawę z niewyobrażalnego zwycięstwa i ze swojej wszechmocy w Chrystusie. Mając wiarę byłem niezwyciężony. Pobiegłem do jaskini w ktorej skrył się moj przyjaciel i okazał się martwy co przyjąłem ze smutkiem i zdałem sobie sprawę, że "zostałem w tym sam i to moje przeznaczenie, widocznie tak musiało być, że dalszą część muszę przebrnąć sam", niejasno widziałem, że to jakaś gra, tajemna misja, coś nadnaturalnego. Wskoczyłem na motor, ktory zostawił ścigający i wyczuwając, że niedaleko za mną jest kolejny pościg, pomknąłem z błyskawiczną prędkością dalej, nastąpiło oddalenie i okazało się, że na tym motorze w chwilę dotarłem do Gdańska. Motor był motorem czasoprzestrzennym i musiałem wybrać czas i miejsce do ktorego chcę się udać.

wybrałem więc Gdańsk i odpowiednią dzielnicę. Kiedy ją wybrałem znalazłem się w niej natychmiast, ubrany w garnitur, jednak zdawało mi się, że wszystko jest inne niż wydawało się wcześniej. Szedłem powolnym krokiem po dzielnicy, bładząc, jakbym był w niej pierwszy raz. Czułem błogi spokoj, nikt mnie nie ścigał, rzeczywistość była neutralna wobec mnie, zdałem sobie sprawę z rozdwojenia tych rzeczywistości, tej w ktorej byłem poprzednio, i tej w ktorej jestem teraz, oraz z rozdwojenia osob ktorymi byłem, w poprzedniej rzecywistości byłem dzikim wojownikiem, walczącym uciekającym, tajnym agentem na ważnej misji, nieuchwytnym przestępcą dla policji, walczącym z całym światem i nic nie robiącym sobie z jego zasad i reguł, a tej rzeczywistości przechadzałem się powolnym krokiem zmierzając do mieszkania rodzicow i nie miałem w sobie niczego w czym przypominałbym wojownika, byłem zwykłym człowiekiem. Z ulgą przyjąłem swoją nową tożsamość i stwierdziłem, że z ulgą odpocznę od tej poprzedniej, niebezpiecznej. Nagle przede mną pojawiła się moja poprzednia tożsamość, drugi ja, i zniknąłem, byłem to ja wkraczający jakby do tych czasow i tego miejsca. obie rzeczywistości zdawały się być prawdziwe i zależne od siebie, przenikające przez siebie, to co zrobiłem w rzeczywistości niebezpiecznej miało swoj oddźwięk w rzeczywistości bezpiecznej. Zdążyłem w miarę na czas. Przyglądałem się z błogością normalnie toczącemu się życiu i wykonałem telefon do domu... W tym momencie obudziłem się.

Sunday, July 26, 2015

Psalm 112

1 Alleluja. 
Alef 
Szczęśliwy mąż, który się boi Pana 
Bet 
i wielkie upodobanie ma w Jego przykazaniach. 
Gimel 
2 Potomstwo jego będzie potężne na ziemi: 
Dalet 
pokolenie prawych dozna błogosławieństwa. 
He 
3 Dobrobyt i bogactwo będzie w jego domu, 
Waw 
a sprawiedliwość jego przetrwa na zawsze. 
Zain 
4 Wschodzi w ciemności jako światło dla prawych, 
Chet 
łagodny, miłosierny i sprawiedliwy. 
Tet 
5 Dobrze się wiedzie mężowi, który lituje się i pożycza, 
Jod 
postępuje w swych sprawach uczciwie. 
Kaf 
6 Na pewno się nie zachwieje; 
Lamed 
sprawiedliwy będzie w wiecznej pamięci. 
Mem 
7 Nie będzie się lękał niepomyślnej nowiny; 
Nun 
mocne jego serce, zaufało Panu. 
Samek 
8 Serce jego stateczne lękać się nie będzie, 
Ain 
aż z góry spojrzy na swych przeciwników. 
Pe 
9 Rozdaje - obdarza ubogich, 
Sade 
sprawiedliwość jego będzie trwała zawsze; 
Kof 
potęga jego wzmoże się ze sławą. 
Resz 
10 Widzi to występny, gniewa się, 
Szin 
zgrzyta zębami i marnieje. 
Taw 
Pragnienie występnych wniwecz się obróci.

Szczęście człowieka nie wynika, więc z niczego innego niż z postawienia Boga na pierwszym miejscu i oddania się Jemu całkowicie. Jeśli Pan jest na pierwszym miejscu, a człowiek jest Jemu oddany - nie sposób stracić głębokiego szczęścia i radości wynikających z tegoż oddania i bycia pod skrzydłami Najwyższego. Bo co może odebrać nam nadzieję, kiedy trwamy w zaufaniu? Grzech? Każdy grzech został zwyciężony na krzyżu, wybaczony i już nie ma nad nami żadnej mocy, jeśli trwamy złączeni z Jego krzyżem i Zmartwychwstaniem. Grzech trzeba sobie wybaczyć i nie żyć według niego, tylko według prawdy o Jego krzyżu, zmartwychwstaniu i wybaczeniu, które pozbawiają grzech mocy. Z grzechem trzeba radykalnie walczyć poprzez odpowiednie decyzje, ale jeśli go popełnimy, po prostu wierzmy, że 0n jest silniejszy od mojej marności, że kocha mnie dalej, wybaczył mi i jeśli oprę się na Nim będzie w stanie wyprowadzić z mojego grzechu dobro i posłużyć się mną. Warunek jest jeden - nie opierać się na sobie i swojej sile, ale wszystko robić mocą wiary w Jego imię. Nie dawać grzechowi odłączyć nas od naszego Krzewu Winnego. 0n dalej chce być ze mną. Grzech Jego nie ogranicza. Grzech wywołuje ból, że mimo całego dobra, jakie mamy od Boga, wciąż jesteśmy tak marni i dalecy od świętości i przybijamy Go tym do krzyża, ale pokusą diabelską jest odłączanie się od Boga pod pretekstem mojej własnej niegodności i marności. 0n chce być ze mną właśnie takim, chce żebym zaprosił Go mimo mojej niegodności, i opowiedział Mu o swoich zmaganiach, poprosił o wsparcie, jak najlepszego przyjaciela, który nigdy nie zawodzi i któremu mogę powiedzieć zupełnie wszystko. Nie kierujmy się, więc własnym wrażeniem i opinią na swój temat i nie mierzmy Boga ludzką miarą, a w pokorze poddajmy się Jego woli, która mówi: 
"Dziecko, przyjdź do mnie, Ja jestem tu, żeby obdarzyć Cię siłą, przyjdź do Mnie, a otrzymasz pokój. Grzech i szatan nie mają władzy nad Tobą, jeśli im tej władzy nie dasz. Nie daj się nabrać na jego kłamstwa, że Ja ciebie nie chcę, kiedy jesteś słaby. 0przyj się na Mnie, a będziesz pełen życia i mocy. Ja sam będę posługiwał się tobą. Uwierz mi, dzięki Mojej sile i Duchowi, którym cię obdarzam jesteś w stanie przenosić góry i grzech nie ma tu nic do gadania. Ja jestem silniejszy od Twojej słabości. Ja jestem w tobie."

Saturday, July 25, 2015

Dlaczego mam się cieszyć że Jezus umarł 1982 lata temu, a następnie Zmartwychwstał i jest obecny w Eucharystii?

Jaki w tym powód do radości? Nie chodzi tutaj o wyjaśnienie teologiczne, tylko o zrozumienie tego jaki wpływ te wydarzenia mają osobiście na mnie - członka Kościoła Katolickiego w XXI wieku, w jaki sposób mnie dotyczą.

Po pierwsze trzeba odebrać to osobiście. Ktoś umarł za mnie. Poniósł śmierć, żebym ja...

...no właśnie, dlaczego za mnie umarł i co to właściwie dało? Dlaczego to zrobił? Żeby pokazać, że mnie kocha? Może mógł to zrobić lepiej dając mi szczęśliwe i bezproblemowe życie?

W Kościele słyszymy zazwyczaj, że umarł i zmartwychwstał po to, żeby każdy z nas miał życie wieczne, albo po to, żeby zgładzić moj grzech, cokolwiek to nie znaczy.

Mhm, czyli mam się cieszyć z tego, że kiedyś jak na to zasłużę - będę w niebie miał jakieś wieczne życie, które jak mi mówią, będzie szczęśliwe, oraz umarł, żeby pokonać moj grzech... Ale chyba nienajlepiej się to udało biorąc pod uwagę to, że i tak wciąż grzeszę na nowo. Mam sakrament pokuty, w ktorym mogę obmywać się z winy, otrzymywać wybaczenie jak zgrzeszę.

Z powyższego opisu wynika, że moje życie jako katolika powinno polegać na nieustannym toczeniu boju z grzechem, z którym i tak nie mam szans bo do końca życia pozostaję grzesznikiem, jeśli jednak uda mi się być w momencie śmierci w stanie łaski uświęcającej - otrzymam od Boga w nagrodę życie wieczne i w końcu minie udręka zwana życiem ziemskim.

Na szczęście to nie katolicyzm nawet w jednej setnej.

Zacznijmy więc od początku. od tego kim jest ten, który umarł za mnie. Jest on tym, który stworzył niebo i Ziemię, ktory stworzył i zaprojektował mnie od postaw. Jest tym ktory stworzył prawa natury, i może te prawa naginać sprawiając, że Morze Czerwone rozstępuje się. Może zrobić wszystko oprocz zła, gdyż czynienie zła jest sprzeczne z tym kim jest, a 0n jest wierny temu kim jest. Jest tym ktory jest obecny, interesuje się mną, ktorego obchodzi moj los, niezwykle mocno go obchodzi, nazywa mnie swoim dzieckiem, swoim przyjacielem, bratem, małżonką, mimo tego, że jestem tak bardzo rożny od niego.
Ma wgląd w moje myśli, w moje uczucia, zna na pamięć historię mojego życia, pamięta te rzeczy, ktorych nawet ja o sobie nie wiem. Przy tym nie narzuca się, nie wprasza w moje życie, pozostaje ukryty i nie pragnie, żebym zrobił cokolwiek wbrew sobie. Jest delikany, czeka aż ja zwrocę się do Niego i będę wołał Go i szukał sam z siebie, jednocześnie ciągnąc mnie ku Sobie tworząc we mnie serce pragnące Jego. Nie narzuca się jednocześnie walcząc o mnie zaciekle, zastawia pułapki, pociąga mnie ku Sobie jak kobieta, całująca mnie delikatnie w usta a następnie robiąca krok w tył czekając na moj ruch. Pozwala mi odejść, żebym po chwili krzyczał, żeby wrocił bo nie potrafię żyć bez Niego. Sprawdza mnie czy kocham Jego samego za to kim jest i co zrobił dla mnie, czy kocham tylko to co mi daje. odbiera mi swoje dary na moment, a wtedy często okazuje się jak wątpię w Niego, że naprawdę kocha, choć czasem uda mi się powiedzieć przez łzy 'ufam'. A potem wraca i zsyła mi dalsze łaski i dary i wtedy obaj wiemy, a ja przyznaję Mu rację - "tak, byłeś, nigdy mnie nie opuściłeś, jesteś prawdziwy i naprawdę mnie kochasz, nigdy się na Tobie nie zawiodłem, a wciąż wątpię i krzyczę jak ranne zwierzę kiedy choć na chwilę wydaje mi się, że mnie zostawiłeś".

Jest tym dla mnie, ale i kimś wiele więcej.

I ten właśnie osobnik dobrowolnie zszedł w swojej wszechmocy z tronu w niebie, przeżył 30 lat jako zwykły człowiek, wypełnił swoje ziemskie zadanie, a punktem kulminacyjnym tego zadania była dobrowolna straszliwa śmierć w męczarniach.

Wiem już, że mnie kocha, ale dlaczego chciał za mnie umrzeć? W jakim celu?

Bo, ja, człowiek, przeznaczony do życia z Nim, zdradziłem Go, przez grzech zaprzedałem siebie diabłu czym zasłużyłem sobie na śmierć, bo nie miałem prawa Go zdradzić, ja człowiek, jestem uzależniony od Niego, a zdrada rowna się dla mnie uschnięciu, spaleniu, śmierci. Zdradzając Go, wraz z Adamem, zdradziłem własną naturę, będąc samochodem na benzynę z wolną wolą zdecydowałem się jeździć na wodę, bo obcy mechanik zmylił mnie, że woda jest lepsza, a ja mu uwierzyłem, a nie mojemu wynalazcy.
A 0n nie chcąc, żebym umarł zdecydował się umrzeć za mnie, żebym ja mogł żyć na wieki. Zdecydował się pokryć wszystkie koszty mojej jazdy na wodę, ktora sprawiła, że cały moj wewnętrzny mechanizm uległ zepsuciu i zardzewieniu, zaoferował mi naprawę za darmo, wymianę silnika, dożywotnią konsultację techniczną, oraz dostawę benzyny za darmo. Poza tym pokazał jak bardzo jest zdeterminowany i jak Mu zależy na tym, żebym znow mogł jeździć, decydując się na tak wielkie poniżenie pokazał jak bardzo liczy się to dla Niego.
Ach, gdybyśmy w to naprawdę uwierzyli...

Gdybyśmy widzieli czym po tym wszystkim jest każdy, 'drobny' grzech...

Gdybyśmy uwierzyli nie moglibyśmy nie żyć absolutnie i zupełnie dla Niego, bo nie da się wymyślić nic wspanialszego niż ktoś taki...

Czy odniosł sukces? Czy Jego cel został osiągnięty w moim życiu?

Bardzo chciałbym powiedzieć, że tak, ale wciąż nie potrafię w to wszystko uwierzyć.

Wciąż jestem w Matriksie, w ktorym mowi się, że nie ma grzechu, że wszystko wolno, że mogę robić co mi się podoba, albo, że moim celem życiowym jest zarabiać pieniądze, wciąż obcy mechanik, ktory kiedyś namowił mnie do jazdy 'na wodę' stara się przekonać mnie, że to wszystko jest bajką, że nie ma miłości dla mnie, że nie da się mnie kochać, a już na pewno nie da się mnie naprawić, i coż, muszę się zmagać, iść pod prąd i starać się żyć dla Niego w tym wszystkim, dla Niego ukrytego w każdym człowieku i obdarzać go tym co dzięki Niemu mam.

Zmartwychwstał, i pokazał przez to co mnie czeka jeśli Mu zaufam, nie, nie zmartwychwstanę w przyszłym życiu, zmartwychwstanę w Chrystusie już na Ziemi, jeśli całym sobą uwierzę i zaufam i oddam się Jedynemu. Codziennie mam zmartwychwstawać z codziennych śmierci coraz bardziej stając się Jego.

0n jest ze mną na tysiąc sposobów, nie jestem w tym sam, nie zmagam się sam.

Jest ze mną w sakramencie Miłości, czyli Eucharystii.

CDN

Friday, July 24, 2015

Refleksja popielgrzymkowa na temat krzyża i cierpienia, albo instrukcja obsługi cierpienia

Cierpiąc trochę na pielgrzymce do Gietrzwałdu na jakiej ostatnio byłem, z powodu upiornego bólu gardła, który uniemożliwiał mi normalne funkcjonowanie (przełykanie śliny wiązało się często z koszmarnym bólem, leki nie pomagały [poza aspiryną i Eucharystią co odkryłem później], a co dopiero mówić o jedzeniu, chwilową ulgę czasem przynosiło jedynie picie wrzątku lub wrzącej herbaty) mam parę luźnych przemyśleń na temat cierpienia, jego sensu i znaczenia. W Piśmie Świętym natknąłem się na fragment, w którym apostołowie pod wodzą Pawła głoszą Królestwo Boże poganom, ponieważ zdarzyło im się popełnić parę uzdrowień Grecy szybko okrzyknęli ich bogami którzy zstąpili z niebios. Apostołowie rozdarli szaty chcąc powstrzymać tłum przed złożeniem im ofiary. Paweł wypowiada w pewnym momencie zdanie (parafrazując): "Jesteśmy, tak jak wy - ludźmi! My także podlegamy cierpieniom!"

<oświecenie>

Ach! Z czyli Paweł ma na myśli, że bycie człowiekiem (nawet świętym) wiąże się z cierpieniem!
Ale jak to? Czy cierpienie nie jest złem, którego powinniśmy unikać i które Bog pragnie nam zabrać, żeby uczynić nas szczęśliwymi?
I tak i nie!

okazuje się, że Bog pragnie odebrać nam cierpienie, które jest piekłem, a pragnie obdarzyć nas cierpieniem, które staje się rozkoszą!

Nie nie jestem masochistą!

Nie chodzi tutaj o cierpiętnictwo, cierpiętnictwo, czyli cierpienie, w którym nie ma życia, w którym jest jedynie ból, smutek, w którym nie ma celu ani nadziei - takie cierpienie staje się piekłem.

Wiedziałem to już w teorii, ale teraz przekonałem się w praktyce, że cierpienie może być czymś wspaniałym, jeśli przeżyjemy je zgodnie z wolą Bożą.

Co to znaczy?

To znaczy, że jeśli zgodzimy się na nie, ale nie z wyrzutem w stosunku do Boga, z postawą cierpiętnika, który robi z siebie ofiarę, tylko kiedy przyjmiemy, że to cierpienie to łaska!

Tak, łaska...

Na czym ona polega? W czym tu łaska skoro tak strasznie mnie boli i nie mam siły, ani ochoty myśleć o niczym innym?

Ano w tym, że w tym właśnie momencie możesz być najbardziej podobny do Twojego Pana na krzyżu, tego, którego ukochałeś, w tym momencie możesz stać się niezwykle podobny do tego, do którego podobieństwo jest celem Twojego życia.

Jak to zrobić?

A na nieskończenie wiele sposobów, ale wyraża się to słowem kochaj. Bądź darem dla innych mimo tego. Nie myśl tylko o sobie i swoim bólu. Cierpienie ofiaruj za kogoś, uśmiechnij się do kogoś, zainteresuj się drugą osobą. Powiedz Bogu jak bardzo Go kochasz, uwielbiaj Go. Im mniej czujesz do Niego w tym momencie sympatię tym bardziej Go uwielbiaj. Wierzę głęboko, że taka postawa podoba się Bogu bardziej niż największe uwielbienie i najżarliwsza modlitwa w stanie duchowych pociech, pozytywnych emocji. Tego niestety rzadko uczy się w szkole "Nowej Ewangelizacji", a to przecież żywa świętość!

Co więc mówi mi Bog?

Żebym szukał cierpienia, bo to łaska?

Nie.

Szukaj woli Bożej, szukaj tego co dobre, kochaj, stawiaj innych ludzi przed sobą niezależnie od uczuć, jeśli na twojej drodze pojawi się cierpienie nie uciekaj od niego za wszelką cenę, nie uciekaj od krzyża! To łaska ode Mnie, potraktuj to w ten sposób, a znienawidzony krzyż stanie się dla Ciebie rozkoszą mimo fizycznego, bądź emocjonalnego bólu, duchowo będziesz wtedy przeżywał największe rozkosze, bo będziesz mógł być jak Ja Jestem na krzyżu. Zaufaj mi w tych momentach. W każdym momencie kochaj i ufaj Mi, a w tych momentach najbardziej Jestem z tobą.