Panie...
Bądź błogosławiony i uwielbiony za to jak mnie prowadzisz.
Pragnę zapisać te wszystkie rzeczy, które czynisz w moim życiu, żebym nigdy ich nie zapomniał i żeby służyły mi jako drogowskaz.
Wczoraj rano, Panie, dałeś mi Ewangelię Łk 14; 1;7-11.
Jest tam napisane o przywodcy faryzeuszy, ktory zaprosił Ciebie, Synu Boży do swojego domu. Ja jestem tym faryzeuszem. Tym, ktory pragnie być najlepszy, święty, przed wszystkimi, pierwszy.
I jesteś Ty, ktory mowisz, że nie w ten sposob się to osiąga. Nie poprzez wywyższenie siebie i ciężką pracę o własnych siłach, polegając na samym sobie, wspinając się po szczytach z całych sił, aby osiągnąć Zbawienie i Świętość. Mowisz, że ten kto tak postępuje wcale nie jest znakomity, jest to człowiek zadufany w sobie i polegający przede wszystkim na sobie.
Za to może się zjawić ktoś znakomitszy i usiąść na ostatnim miejscu.
o Panie! Daj mi właśnie taką znakomitość.
Wzruszyłem się, poleciały mi łzy kiedy to przeczytałem, kiedy zrozumiałem, że nie muszę wcale być silny, niezłomny, zmagać się i wspinać na szczyt żeby osiągnąć to czego naprawdę pragnę i co naprawdę moje pragnienie wypełni.
Kiedy zrozumiałem, że moje zadanie jest wręcz odwrotne, że mam zejść w doł, do "stacji pokory", do stacji obnażenia wszyskich swoich słabości, marności, swojej małości i dziecięctwa. I że wtedy kiedy to wszystko wyjdzie na jaw i do tego wszystkiego się przyznam i to zaakceptuję to wtedy będę naprawdę bardzo słaby i wtedy tylko będziesz mogł mnie zbawiać i prowadzić...
Tylko wtedy stanę się silny Twoją siłą, znakomity i będę świecił Twoim światłem, a nie swoim. Emanując swoją ciemnością, małością i znajdując w Twojej łasce i Twoim spojrzeniu wywyższenie, kolejkę linową o nazwie ŁASKA, na ktorą biletem jest WIARA, ktora doprowadzi mnie do stacji ŚWIĘT0ŚĆ.
Człowieka, ktory przyzna się do swojej małości i oprze się wiarą jedynie na Twojej łasce, uzależni się całkowicie od Twojej łaski, takiego człowieka nazywasz Swoim Przyjacielem, i kolejką gorską przesadzasz go na pierwsze miejsce, blisko siebie. Każdego pragniesz mieć blisko, ale tylko ten, ktory uzna siebie za nic i uwierzy w Ciebie i oprze się na Twej łasce, tylko taki człowiek będzie gotowy na to, żeby być z Tobą tak blisko.
I ja zgodziłem się na to, Panie, a Ty jeszcze tego dnia dokonałeś we mnie kolejne dzieła Swoje.
Zawsze chciałeś ich dokonywać, ale teraz pozwoliłem Ci bo w końcu poddałem się i stanąłem w pokorze.
Moje zranienia związane z tą, ktorą pokochałem, a ktorej musiałem dać odejść wrociły, kiedy napisała do mnie.
Nie wiedziałem dlaczego jej zwierzenia o tym, że jej smutno wywołały we mnie tak wielki smutek nagle. Ja nie wiedziałem, a Ty wiedziałeś.
Czułem się winny, czułem, że zdradziłem ją, że zawiodłem, opuściłem, oszukałem.
Ty, Panie, wtedy na Adoracji, Ty sam przyszedłeś do mnie niepostrzeżenie.
Nigdy tego nie zapomnę jak przyszedłeś i jaki byłeś dla mnie.
Byłeś pełen pasji i czułem jak bardzo mnie kochasz, w sposobie w jaki mowiłeś do mnie.
Kiedy powiedziałeś, że nie zawiodłem Cię, że dzięki temu jak ją pokochałem zasiałem ziarno przez
ktore Ty będziesz mogł ją zbawić. Powiedziałeś, że ujrzę to Twoje zbawienie, ktore na niej dokonasz i że jesteś ze mnie niezwykle dumny. Powiedziałeś, że mogę Ci zaufać, zapytałem Cię, czy obiecujesz, a Ty z pasją powiedziałeś, że obiecujesz! Wiem, że Twoje słowo jest godne zaufania.
Powiedziałeś, że byłem piękny i szlachetny i zrobiłem bardzo wiele.
Płakałem.
Powiedziałeś, że nie muszę się już martwić o nią, bo Twoje drogi nie są moimi drogami.
Sam powiedziałem i zrozumiałem, żeś godny zaufania, i że nawet jak po ludzku będzie z nią źle, to wtedy szczególnie będę ufał, bo będę wiedział, że Ty wyprowadzisz z tego dobro i zbawisz ją, bo obiecałeś.
Potem przytuliłeś mnie i uśmiechałeś się do mnie. Zaufałem Ci, że pokażesz mi coś, i poszedłeś ze mną nad morze.
Pokazałeś mi statek. Bardzo stabilny i niezniszczalny statek z dwoma masztami symbolizujący to, że jesteśmy na nim we dwóch. Powiedziałeś, że ten statek ma głęboki fundament i żadne burze już go nie zatopią.
Zapytałem Cię czy ten statek kogoś uratuje. Spojrzałeś na mnie z wielką miłością i powiedziałeś, że tak.
I wtedy zapytałem, czy jest na nim miejsce na szczęście rodzinne. I pokazałeś mi moją żonę tulącą małe dziecko.
Powiedziałeś z uśmiechem do mnie: "A więc będzie to statek ratowniczy, na ktorym panuje szczęście". Byłem szczęśliwy na te słowa i wtedy zapytałem czy będę dobrym tatą. Pokazałeś mi mężczyznę z brodą, ktorym byłem i ktory trzymał za ręce dwojkę dzieci, i powiedziałeś, że będą miały bardzo żywe oczy.
Chciałem więcej szczegołow mojego statku, ale musiałem zakończyć modlitwę, a Ty obiecałeś mi, że jeszcze dokończysz pokazywać mi moj statek.
I kiedy cieszyłem się, ale jednocześnie zobaczyłem, że jest jeszcze we mnie bol, powiedziałem Ci, że mimo wszystko wciąż jest we mnie bol i że wciąż mam rożne zranienia wtedy Ty mnie przytuliłeś znowu i powiedziałeś, że ukoisz moj bol, ale że gdybym teraz go nie miał to Ty nie miałbyś co robić we mnie przez resztę mojego życia. Teraz wiem, że ten bol to życie, ten bol wynika z tego, że kocham. Miłość powoduje bol, kiedy wiemy, że ktoś kogo kochamy cierpi. Ale Ty jesteś lekarstwem na ten bol, bo obiecałeś, że ją zbawisz, i ja Ci ufam. Kocham Cię Jezu bardzo, że tak odnawiasz moje serce, ja pragnę żebyś dalej to robił, przyznaję się że jestem słaby, że są we mnie zranienia i małe poranione cząstki. Zbawiaj mnie jeszcze dziś, pogłębiaj we mnie wiarę nadzieję i miłość i spraw, żebym całkowicie zjednoczył się z Twoją wolą i trwał w Twoim wewnętrznym Życiu. Jesteś fascynujący, tak dobry, tak wspaniały, ufam Ci, nie boję się niczego, bo wiem, że Ty jesteś ze mną. Idź dalej w swym działaniu, ja się Tobie poddaję i udaję się dziś ponownie do "Stacji Pokora" i zamierzam wejść do kolejki za pomocą biletu o nazwie Wiara...
No comments:
Post a Comment